Dni i noce w Zofijówce na Bydgoskim

Rozmowa z Ewą Bogacką, wnuczką Kazimiery Żuławskiej
07.03.2011 , aktualizacja: 07.03.2011 12:58
A A A Drukuj
Wszyscy przebierali się w kostiumy teatralne. Przyjęcia trwały do rana. Jeśli ktoś z lokatorów czuł się senny, szedł po prostu do pokoju spać, a reszta bawiła się dalej.

Fot. Archiwum
Kazimiera Żuławska. Wytworna Podolanka, tłumaczka francuskich dramatów, przyjaciółka Witkacego, właścicielka Zofijówki - pensjonatu, który działał w międzywojniu w Toruniu przy ul. Bydgoskiej 26. Przyjaźniła się z zastępami artystów, ale po śmierci Jerzego Żuławskiego nigdy nie wyszła drugi raz za mąż. Miała lekkie pióro, ale nigdy nie napisała żadnej książki (za to tony listów). Podczas wojny uratowała od śmierci wielu Żydów - Instytut Yad Vashem odznaczył ją medalem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata.

W jej pensjonacie mieszkały aktorki toruńskiego teatru, od czasu do czasu wpadali Witkacy, Tymon Niesiołowski, Karol Zawodziński, Stanisław Przybyszewski, Juliusz Osterwa. Pruska kamienica - ta, w której obecnie mieści się salon kosmetyczny - była jednym z ostatnich salonów artystycznych opartych o tradycje Młodej Polski.

"Gazeta" rozmawia z wnuczką Kazimiery Żuławskiej - pani Ewy Bogackiej (opowieści jej siostry, Agnieszki Żuławskiej-Umedy, prezentowaliśmy już w reportażach o Zofijówce i Żuławskiej w 2009 roku). Spotkaliśmy się w domu pani Agnieszki na warszawskim Żoliborzu, który klimatem przypomina trochę Zofijówkę: po drewnianych podłogach biegają dzieci (w Toruniu byli to trzej synowie Kazimiery, tu - wnuki Żuławskiej-Umedy), na ścianie wisi nawet kopia portretu babci, oczywiście pióra Witkacego. Rozkładamy na stole pudła pełne starych zdjęć, pocztówek i listów.

Maciej Czarnecki: Jak dobrze pamięta pani babcię?

Ewa Bogacka: - Spędzałam z nią mnóstwo czasu. Po szkole wpadałam do niej co drugi dzień na obiad, bo to było tuż obok Państwowego Liceum Technik Teatralnych, które kończyłam. Gadałyśmy godzinami, znała imiona wszystkich moich znajomych. Nigdy mi się nie udało zrobić tak pysznych pulpecików cielęcych, gotowanych na rosole. Były bajeczne - do dziś pamiętam takie swędzenie w gardle, które wywoływały (śmiech). A jeszcze przed czasami szkolnymi jeździłam z babcią do Halamy w Zakopanem. Spędzałyśmy ze sobą całe dnie i noce, i nigdy mi się nie nudziło. Potem, kiedy podrosłam, pojawili się tam nastoletni znajomi, wśród nich Monika Minkiewicz i Allan Starski. Ale dalej miałam z babcią bardzo dobry kontakt. Sporo mi opowiadała, z drugiej strony - wiele rodzinnych spraw wciąż pozostaje dla mnie tajemnicą.

Dlaczego?

- Tata nam tłumaczył, że w rodzinie panowała zasada: "Jak nie wiesz, to się nie pytaj". Jedną z takich spraw, o którą nikt nie pytał, była np. śmierć Juliusza, brata babci. Haniccy (takie było nazwisko panieńskie Kazimiery Żuławskiej - red.) mieli majątek w Czemerysach na Podolu. Pewnego dnia Ignacy Hanicki, mój pradziadek, udał się z 20-letnim Juliuszem na polowanie. I tam jego syn zginął, ale nie wiemy dokładnie, co się stało. Po tym wypadku Ignacy został wygnany przez żonę, na kilkanaście lat zamieszkał w Barze. Koncertował w Kamieńcu Podolskim i Wiedniu. Był wiolonczelistą. Zjawił się u mojej babci dopiero na krótko przed śmiercią, kiedy był już schorowany, a ona mieszkała w zakopiańskiej Ładzie.

Wkrótce potem umarł jej mąż - dramaturg Jerzy Żuławski, a po zakończeniu pierwszej wojny światowej niespełna 40-letnia wdowa przeniosła się do Torunia wraz z trzema synami i matką Zofią - od niej pochodzi zresztą nazwa pensjonatu. Dlaczego akurat tu?

- Opowiadała, że chciała, by chłopcy mieli dobre szkoły, by mieszkali w większym mieście niż małe Zakopane.

Mogła przecież ruszyć do Krakowa, gdzie mieszkało sporo jej znajomych.

- No właśnie, nie wiem, czemu tak nie zrobiła. Może chodziło o to, że z Torunia było bliżej do Warszawy?

Babcia wspominała toruńskie czasy?

- Opowiadała, że chłopcy strasznie rozrabiali. Wyprawiali się nad Wisłę, pływali - ja na jej miejscu odchodziłabym od zmysłów, że coś im się stanie, że się utopią. Trochę mówił mi o tym tata (Juliusz Żuławski, późniejszy pisarz i wieloletni prezes PenClubu, zmarł w 1999 roku - red.). Chodzili np. na szczudłach, zaglądając wprost na pierwsze piętro, strasząc przyrządzającą obiad babcię Zosię.

A więc kuchnia Zofijówki była na pierwszym piętrze? Dziś kamienica jest podzielona dla wielu lokatorów, więc ciężko to odtworzyć.

- Z opowieści wynikałoby, że tak.

Słyszałem, że w straszeniu celował też Witkacy.

- Na pewno tak. Podobno dzwonił do drzwi albo pukał, a potem kucał i kiedy wydawało się, że nikogo nie ma, wyskakiwał z krzykiem.

Kogo z toruńskich gości wspominała pani babcia?

- Podążał z nimi zawsze Marceli Popławski, z którym nawet zamieszkali po wojnie w Łodzi. Był kompozytorem i wykładowcą w Wyższej Szkole Muzycznej w Warszawie. A w Toruniu nie wiem, czy była tam akademia muzyczna?

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy