Gonzo z MGM: Rock to pałer i trochę brudu
19.08.2011
, aktualizacja: 19.08.2011 12:04
Wiele się zmieniło. Słucham dużo alternatywy i brytyjskiego grania. Kiedyś takimi brzmieniami gardziłem, uważałem, jak gitarzysta nie przeleci palcami po całym gryfie, nie jest prawdziwym muzykiem
Grzegorz Giedrys: MGM ma 18 lat. Piękny wiek.
Mirosław "Gonzo" Zacharski: Prawda? Bardzo poważny wiek, osiągnęliśmy dojrzałość.
To było trudne dorastanie?
- Niestety. MGM to zespół z przebojami. Zawsze coś się musi nam przytrafić. Ostatnio siadł nam dysk twardy w studiu podczas nagrywania płyty.
Straciliście wszystko?
- Na szczęście nie. Drugi raz nie wytrzymałbym tej sesji. Dzięki Bogu, do studia przyjechał jakiś magik, któremu udało się odzyskać większość ścieżek. W niektórych miejscach brakowało perkusji - gdyby skasowało nam wokale albo gitary, nie byłoby problemu. Pracę w studiu zaczyna się zawsze od nagrania perkusji, to serce rockowego brzmienia - przerażała nas perspektywa realizacji całego materiału w jakiś zupełnie dziwny sposób. Wszystko się zakończyło dla nas pomyślnie. Jeśli chodzi o wypadki, to kiedyś przeze mnie nie graliśmy prawie rok.
Co się stało?
- W pewnym momencie tak się złożyło, że dorabiałem sobie, prowadząc prace alpinistyczne, i w czasie malowania jednej z konstrukcji spadłem z wysokości ośmiu metrów. Trzy dni przed wyjazdem na wakacje. Okrutny pech. Gdy zobaczyłem, w jakim jestem stanie, myślałem, że to koniec. Rękę miałem złamaną w siedmiu miejscach, biodro w trzech, leżałem jakiś czas na zardzewiałym łóżku w szpitalu w Ciechanowie, gdzie mnie poskładali, i wręcz błagałem o powrót do Torunia. Dziewięć miesięcy trwała rehabilitacja.
Wróćmy na chwilę do 1993 roku. Formację MGM stworzyli doświadczeni muzycy z Nocnej Zmiany Bluesa i Tortilli.
- Zespół założyliśmy wspólnie z Markiem Dąbrowskim i Grzegorzem Miniczem. Stąd się też wzięła nazwa: MGM od Marka, Gonzo i Miny. Z początku grałem na gitarze elektroakustycznej i śpiewałem, Marek odpowiadał za gitarę, a Grzegorz za perkusję, składającą się jedynie z werbla i hi-hatu. Ludzie mówili nam, że to bardzo ciekawe zestawienie. Zaczynaliśmy od standardów - amerykańskiego bluesa i rocka. Po dwóch latach doszedł basista i gitarzysta.
Założyliście MGM, bo byliście zmęczeni występami z tymi zespołami?
- To nie o to chodzi. To były zespoły czysto bluesowe, które na ogół nie wychodziły ze swoich ram. Nas kręciło rockowe granie, jak southern rock spod znaku Lynyrd Skynyrd i Allman Brothers Band. W Od Nowie praktycznie mieszkaliśmy: próby były non stop, czasami dawaliśmy koncert i tam spaliśmy. Nagraliśmy płytkę akustyczną - moim zdaniem bardzo udaną. Przez jakiś czas występowaliśmy razem, ale nasze drogi z Markiem i Grzegorzem się rozeszły.
Kłóciliście się?
- Nie. Nadal się przyjaźnimy i nadal lubimy ze sobą pograć. Przez MGM przewinęło się wielu wspaniałych ludzi, z którymi - mam nadzieję - jeszcze nieraz będę miał zaszczyt wystąpić: gitarzyści Witek Puciński i Michał Burzymowski, perkusista Jan Miś, basista Tomasz Przymorski.
MGM stał się znany również dzięki twojej knajpie na Rubinkowie - lokal działał pod nazwą zespołu.
- Pub istniał dziesięć lat. Ciężko było utrzymać to miejsce. To był na ogół spokojny pub z muzyką rockową, tylko w soboty były imprezy taneczne. W niedziele przychodził do nas Grzegorz Kopcewicz z Butelki i włączał nam filmy i koncerty na DVD. Na początku ciężko było przepędzić stamtąd dość nieciekawe towarzystwo - agresorów, pijaków i dzielnicowych karków, ale poradziliśmy sobie. Szkoda, że MGM upadło, jak wiele innych knajp w tamtym czasie.
W pewnym momencie wyglądało na to, że twój zespół zrobi ogólnopolską karierę. Występowaliście często w telewizji.
- Tak, byliśmy na przykład w programach "Kawa czy herbata" i "Rower Błażeja". Były jakieś propozycje wydawnicze, ale w końcu nic z tego nie wyszło.
Niedawno zespół powrócił na scenę jako MGM New Heads.
- Wiele się u nas zmieniło. Gram teraz z gitarzystą Tomkiem Prasem, basistą Marcinem "Bobo" Ryszewskim i perkusistą Michałem Dąbrowskim. Odeszliśmy od bluesa i southern rocka, choć nadal uważam, że to piękna muzyka. Czasami nawet inspirujemy się ambitniejszym popem. Słucham dużo alternatywy i brytyjskiego grania. Coraz mocniej zaczyna mnie to kręcić. Kiedyś takimi brzmieniami gardziłem, uważałem, jak gitarzysta nie przeleci palcami po całym gryfie, nie jest prawdziwym muzykiem. Fascynuje mnie prostota angielszczyzny.
Mirosław "Gonzo" Zacharski: Prawda? Bardzo poważny wiek, osiągnęliśmy dojrzałość.
To było trudne dorastanie?
- Niestety. MGM to zespół z przebojami. Zawsze coś się musi nam przytrafić. Ostatnio siadł nam dysk twardy w studiu podczas nagrywania płyty.
Straciliście wszystko?
- Na szczęście nie. Drugi raz nie wytrzymałbym tej sesji. Dzięki Bogu, do studia przyjechał jakiś magik, któremu udało się odzyskać większość ścieżek. W niektórych miejscach brakowało perkusji - gdyby skasowało nam wokale albo gitary, nie byłoby problemu. Pracę w studiu zaczyna się zawsze od nagrania perkusji, to serce rockowego brzmienia - przerażała nas perspektywa realizacji całego materiału w jakiś zupełnie dziwny sposób. Wszystko się zakończyło dla nas pomyślnie. Jeśli chodzi o wypadki, to kiedyś przeze mnie nie graliśmy prawie rok.
Co się stało?
- W pewnym momencie tak się złożyło, że dorabiałem sobie, prowadząc prace alpinistyczne, i w czasie malowania jednej z konstrukcji spadłem z wysokości ośmiu metrów. Trzy dni przed wyjazdem na wakacje. Okrutny pech. Gdy zobaczyłem, w jakim jestem stanie, myślałem, że to koniec. Rękę miałem złamaną w siedmiu miejscach, biodro w trzech, leżałem jakiś czas na zardzewiałym łóżku w szpitalu w Ciechanowie, gdzie mnie poskładali, i wręcz błagałem o powrót do Torunia. Dziewięć miesięcy trwała rehabilitacja.
Wróćmy na chwilę do 1993 roku. Formację MGM stworzyli doświadczeni muzycy z Nocnej Zmiany Bluesa i Tortilli.
- Zespół założyliśmy wspólnie z Markiem Dąbrowskim i Grzegorzem Miniczem. Stąd się też wzięła nazwa: MGM od Marka, Gonzo i Miny. Z początku grałem na gitarze elektroakustycznej i śpiewałem, Marek odpowiadał za gitarę, a Grzegorz za perkusję, składającą się jedynie z werbla i hi-hatu. Ludzie mówili nam, że to bardzo ciekawe zestawienie. Zaczynaliśmy od standardów - amerykańskiego bluesa i rocka. Po dwóch latach doszedł basista i gitarzysta.
Założyliście MGM, bo byliście zmęczeni występami z tymi zespołami?
- To nie o to chodzi. To były zespoły czysto bluesowe, które na ogół nie wychodziły ze swoich ram. Nas kręciło rockowe granie, jak southern rock spod znaku Lynyrd Skynyrd i Allman Brothers Band. W Od Nowie praktycznie mieszkaliśmy: próby były non stop, czasami dawaliśmy koncert i tam spaliśmy. Nagraliśmy płytkę akustyczną - moim zdaniem bardzo udaną. Przez jakiś czas występowaliśmy razem, ale nasze drogi z Markiem i Grzegorzem się rozeszły.
Kłóciliście się?
- Nie. Nadal się przyjaźnimy i nadal lubimy ze sobą pograć. Przez MGM przewinęło się wielu wspaniałych ludzi, z którymi - mam nadzieję - jeszcze nieraz będę miał zaszczyt wystąpić: gitarzyści Witek Puciński i Michał Burzymowski, perkusista Jan Miś, basista Tomasz Przymorski.
MGM stał się znany również dzięki twojej knajpie na Rubinkowie - lokal działał pod nazwą zespołu.
- Pub istniał dziesięć lat. Ciężko było utrzymać to miejsce. To był na ogół spokojny pub z muzyką rockową, tylko w soboty były imprezy taneczne. W niedziele przychodził do nas Grzegorz Kopcewicz z Butelki i włączał nam filmy i koncerty na DVD. Na początku ciężko było przepędzić stamtąd dość nieciekawe towarzystwo - agresorów, pijaków i dzielnicowych karków, ale poradziliśmy sobie. Szkoda, że MGM upadło, jak wiele innych knajp w tamtym czasie.
W pewnym momencie wyglądało na to, że twój zespół zrobi ogólnopolską karierę. Występowaliście często w telewizji.
- Tak, byliśmy na przykład w programach "Kawa czy herbata" i "Rower Błażeja". Były jakieś propozycje wydawnicze, ale w końcu nic z tego nie wyszło.
Niedawno zespół powrócił na scenę jako MGM New Heads.
- Wiele się u nas zmieniło. Gram teraz z gitarzystą Tomkiem Prasem, basistą Marcinem "Bobo" Ryszewskim i perkusistą Michałem Dąbrowskim. Odeszliśmy od bluesa i southern rocka, choć nadal uważam, że to piękna muzyka. Czasami nawet inspirujemy się ambitniejszym popem. Słucham dużo alternatywy i brytyjskiego grania. Coraz mocniej zaczyna mnie to kręcić. Kiedyś takimi brzmieniami gardziłem, uważałem, jak gitarzysta nie przeleci palcami po całym gryfie, nie jest prawdziwym muzykiem. Fascynuje mnie prostota angielszczyzny.
1
2
następne »
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
7 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć