Chmielewski: Dwie wieże górują nad kulturą
2009-11-29
, aktualizacja: 29.11.2009 17:50
Nasi politycy i urzędnicy muszą teraz udowodnić, czy starania o ESK 2016 traktują tylko jako element zabiegów o utrzymanie władzy, czy rzeczywiście chodzi im przyszłość toruńskiej, bydgoskiej i regionalnej kultury
Projekt lub inaczej aplikacja konkursowa miasta ubiegającego się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku musi zawierać cały szereg wymogów. Przyjrzyjmy się tym najważniejszym. Przede wszystkim sama idea musi być śmiała, nowatorska i oryginalna. Musi także w wyważony sposób łączyć dwa aspekty: "wymiar europejski" projektu oraz obecność w nim "miasta i obywateli". Kolejny wymóg to sposób powstania programu.
Jak to jest realizowane w Toruniu? Projekt podobno już powstaje i, jak mówiła Olga Marcinkiewicz w niedawnym wywiadzie dla "Gazety Wyborczej": "Tworzą go trzy osoby z zagranicy, które tworzą główną koncepcję, a później na jej podstawie napiszą aplikację. Do tego dochodzi polski zespół: socjolog, historyk ( ) Mogę zdradzić, że to uznane postaci zajmujące się sztuką w przestrzeni publicznej. Ta grupa później idzie na spotkania z szefami poszczególnych instytucji o rozmawia o ich pomysłach. Później zbiera je, wskazuje najlepsze i proponuje radzie programowej pełny projekt do zaakceptowania". Realizuje się to potajemnie, ponoć dlatego, aby żadne z konkurencyjnych miast nie poznało przed czasem pomysłów. Przy okazji mieszkańcy Torunia, a zwłaszcza artyści, animatorzy kultury i organizacje pozarządowe, nie mogą go poznać i nie mają żadnego wpływu na jego powstawanie. Do głosu dopuszczeni zostaną tylko szefowie instytucji.
Jak to się ma do wskazania określonego w ministerialnym "Poradniku dla miast ubiegających się o tytuł ESK 2016"? Czytamy w nim: "Program obchodów powinien być tworzony przy aktywnym udziale artystów, animatorów kultury, organizacji kulturalnych oraz mieszkańców danego miasta". Ten poważny błąd bez wątpienia wytkną nam eksperci oceniający projekt toruński. Warto ich posłuchać. Danuta Glondys, która już za rok oceniać będzie polskie i hiszpańskie projekty, tak mówiła o innych europejskich stolicach kultury na spotkaniu w Lublinie: "Marsylia miała fantastyczną wizję, to po pierwsze... ale ta wizja nie wynikała z tego, że siadło parę osób i sobie wymyśliło, tylko to była wizja nad którą pracowano przez dwa lata we współpracy z mieszkańcami, artystami i środowiskami biznesowymi. Odbyły się bodajże 34 warsztaty społecznościowe". Marcinkiewicz, chcąc uzyskać "wymiar europejski" starań Torunia, zaprosiła do stworzenia festiwalu Skyway oraz do napisania projektu ESK 2016 kuratorów i artystów z zagranicy, popełniając kolejny błąd. Glondys zwraca na niego uwagę: "Realizują wymiar europejski w bardzo, przepraszam, ale powiem prymitywny sposób, czyli za pomocą zapraszania artystów. Tu nie tylko chodzi o to, aby robić projekty z udziałem międzynarodowych artystów, bo to robimy wszyscy w Europie albo prawie wszyscy".
Projekt toruński tworzą zapewne te same osoby, które przygotowały festiwal Skyway. Realizują go w ukryciu, nie znając Torunia i naszego środowiska, bez udziału artystów i animatorów kultury, z pominięciem organizacji pozarządowych i instytucji kultury. Zapewne z nadzieją na to, że nie tylko zostanie on wysoko oceniony, ale także będzie potem przez nas grzecznie realizowany. Jak ostatnio zapewniała Marcinkiewicz, dopiero teraz ma być ogłoszony konkurs na dodatkowe projekty. Nie bardzo rozumiem po co, gdy projekt już powstaje. Tylko po to, by wybrać jedynie te propozycje, które pasują do gotowej koncepcji i jakoś ją nimi okrasić? Należy się także domyślać, że aplikacja nie jest tworzona za darmo - pamiętamy wszyscy wysokość honorariów kuratorów festiwalu Skyway, o takich honorariach nigdy nawet nie marzyli toruńscy twórcy. Zaś nasi artyści, którzy stworzyli bardzo piękną, poetycką realizację "Świecień" (świecący cień drzewa, chyba najciekawsza realizacja festiwalu) nie otrzymali żadnego wynagrodzenia, dając za darmo swoje pomysły, czas i pracę. To nie budzi zaufania wśród toruńskich artystów, to zraża, może nawet obraża? Twórcom spoza Torunia, zwłaszcza tym z zagranicy, trzeba dać wszystko, a wy, tutejsi, cieszcie się z tego, że w ogóle was pokazujemy.
Międzynarodowy Festiwal Światła "Skyway'09" bez wątpienia był krokiem we właściwą stronę. Zarówno jeśli chodzi o wygenerowanie nowego festiwalu toruńskiego, dobrze wpisanego w średniowieczną architekturę i specyfikę miasta, jak i o potwierdzenie potrzeby tego rodzaju inicjatyw. Tłumy torunian obecne na prezentacjach były tego najlepszym dowodem. Ale są też słabe strony tego wydarzenia - przede wszystkim został zaimportowany z zewnątrz wraz z jego zagranicznymi kuratorami. Nie powstał z inicjatywy toruńskiego środowiska twórców ani także przy równoprawnym ich udziale.
Pomimo zapewnień Olgi Marcinkiewicz o oryginalności festiwalu i o tym, że była to pierwsza tego rodzaju inicjatywa w kraju, okazał się wtórnym. Pół roku wcześniej w Gdańsku zrealizowany został miesięczny, grudniowy Festiwal Światła "W blasku Gdańska" - oryginalny, znakomicie wpisany w tradycję świąt Bożego Narodzenia i sylwestrowej feerii świateł. Przede wszystkim zaś powstał w tym mieście. Dla przeprowadzenia festiwalu zużyto wiele czasu i energii zespołu ESK 2016, który powinien przede wszystkim realizować swoje podstawowe zadania: integracja środowiska, wspólna praca nad projektami i finalizacja prac nad aplikacją konkursową.
Stereotyp skłóconego środowiska
Biuro ESK 2016, w sprawozdaniach i na stronie internetowej, chwali się swoimi "ambasadorami", którzy wspierają i promują nasze starania o tytuł ESK 2016. Żenują uprzejmościowe słowa poparcia starań o tytuł ESK uzyskiwane od zapraszanych do Torunia znanych artystów. Skoro już tutaj przyjechali i uzyskali satysfakcjonujące ich gaże, to czemu nie napisać kilku zdawkowych i niezobowiązujących słów? Posłuchajmy opinii Danuty Glondys: "Ambasadorzy Lille to nie byli ambasadorzy Lille, to byli wolontariusze, to była ogromna grupa wolontariuszy, oni mieli 16 tys. wolontariuszy pod koniec programu. To były osoby starsze i młodsze. To były osoby, które roznosiły ulotki, dostawały darmowe bilety na wejścia na imprezy, które były organizowane. To były osoby, które same były zaangażowane".
Od wielu lat krąży po Toruniu stereotyp skłóconego środowiska toruńskich twórców i mówi się wciąż o niemożności zmiany tej sytuacji. Jak w każdym stereotypie jest tu nieco prawdy - tak, osoby z tego środowiska rywalizują ze sobą, jak wszędzie. Ale także znacznie częściej ze sobą współpracują. Przykładów mogę podać wiele, ten sprawdzony na własnej skórze to zintegrowanie przeze mnie dużej części z nas w stowarzyszeniu "Uwaga Toruń" i determinacja objęcia naszymi działaniami Kombinatu Artystycznego, który miał powstać w Starym Browarze przy ul. Browarnej (tam miały mieć także siedzibę pozarządowe organizacje kulturalne i społeczne). Inicjatywa utrąciły władze miasta, nie wykorzystały ogromnej szansy, która tak bardzo mogłaby nam teraz pomóc w staraniach o tytuł ESK 2016.
Jest to oczywiste, że w każdym środowisku zawodowym istnieje konkurencja. Zwłaszcza widoczne jest to w obszarze sztuki, gdzie nie działa normalna demokracja. Toruńskie środowisko twórcze nie jest skłócone, tylko jest permanentnie marginalizowane. To nie skłócenie, ale dotkliwy brak pieniędzy oraz zwykły brak szacunku do ważnych funkcji społecznych, edukacyjnych, kulturotwórczych oraz ekonomicznych, które pełnią twórcy i animatorzy. W Toruniu brakuje pieniędzy zarówno dla instytucji, które ledwie zipią, jak i dla organizacji pozarządowych zajmujących się kulturą. Tutaj potrzebne są nie tylko zdecydowanie większe pieniądze, ale także należny szacunek za wykonywaną przez nich wartościową pracę oraz przekazywanie im coraz więcej zadań, których nie robią lub robią źle urzędy i instytucje.
Wreszcie istnieją także niezależni twórcy i animatorzy kultury, którzy są w Toruniu najbardziej marginalizowani. Przy ogólnym braku pieniędzy traktowani są oni przez instytucje kultury jak osoby stale czyhające na ich - rzeczywiście niewielkie pieniądze. Efekt jest taki, że instytucje kultury jednak w końcu jakieś pieniądze dostają, a stowarzyszenia i artyści niezależni - skorą są niezależni - muszą sobie radzić sami. I radzą sobie, najczęściej opuszczając na stałe Toruń lub - gdy decydują się tu pozostać - działają poza miastem. Marcinkiewicz twierdzi, że "jest to środowisko zapętlone w konfliktach". Nie poznała tego środowiska, nie zadała sobie trudu nawiązania z nim kontaktu i zintegrowania go ze sobą, wiele osób do siebie zraziła. Niestety, ja też mam podobne doświadczenia.
Bardzo mnie zmartwiły słowa radnej Krystyny Dowgiałło, która dla "Gazety" powiedziała: "Na ostatniej sesji rady miasta usłyszałam, że te reakcje artystów i animatorów nie są efektem ich negatywnego postrzegania instytucji Toruń 2016, ale w ogóle sprzeciwu wobec ubiegania się naszego miasta o europejski tytuł". Ogromna szkoda, że osoba, którą obdarzyliśmy zaufaniem i która powinna tworzyć program wspólnie z nami i dla nas, tak to ocenia.
Smutne świadectwa porażki
Symbolem aktualnego stanu toruńskiej kultury są dwie wieże. Na ostatnich piętrach dwóch toruńskich baszt obronnych siedzą w swoich gabinetach urzędnicy: szef kultury miejskiej Zbigniew Derkowski w baszcie przy ul. Podmurnej i szefowa biura ESK 2016 Olga Marcinkiewicz w Krzywej Wieży. Przechylona baszta to atrakcja turystyczna i pretekst do podczepiania się do sławy Pizy, ale tak naprawdę to średniowieczny błąd budowniczych. Miejsce idealne na pub piwny, w którym zachowanie pionu nijak nie jest możliwe ani też wskazane. Dotarcie na ostatnie piętra baszt nie jest takie proste - są to przecież budowle obronne.
Ale nie tylko nam trudno jest się tam dostać, trudno także się stamtąd schodzi urzędnikom. Czasami mówią do nas: "Może by tak pani lub pan do mnie kiedyś wpadł, to pogadamy?" Jak już przyjdziemy, odczekamy jako petenci i wdrapiemy się na szczyt wieży, to mnożą się trudności, rosną papierowe barykady podań i procedur "ale oczywiście zawsze trzeba próbować". Dociera do nas wyrok "niestety, mamy ograniczone środki". Moje doświadczenia z wdrapywania się na te wieże? Pomimo złożenia wielu aplikacji, zgłaszania różnych pomysłów i prowadzonych rozmów nigdy nic dotąd nie zostało zrealizowane. "Dwie wieże" muszą teraz zdeklarować jasno swoje stanowiska. Przede wszystkim zaś musi tego dokonać prezydent Torunia, jak dotąd kryjący się w ich cieniu.
Do tej pory z wysokości dwóch wież nie dostrzeżono rzeczywistego obrazu naszego środowiska. Brakuje rzetelnego, profesjonalnego zbierania informacji o twórcach i animatorach kultury. Brakuje oceny wartościującej, określającej nie tylko obszary aktywności, ale także ich jakość artystyczną i znaczenie lokalne, polskie, europejskie i światowe. Brakuje profesjonalnego monitoringu środowiska. Najwyższy czas stworzyć stałą formę kontaktów z twórcami, pytanie o ich pracę, sukcesy i potrzeby. Brakuje rzetelnej bazy danych o naszym środowisku. Tych 12 przypadkowych wpisów na stronie ESK 2016 (zakładka "Zapraszamy artystów") to smutne świadectwo bezradności i porażki.
Trzy drogi dla ESK
Uważnie przyglądając się aktualnemu stanowi toruńskich starań o uzyskanie tytułu ESK 2016, uważam, że mamy do wyboru trzy drogi: pozostawić wszystko bez zmian, zrezygnować już teraz lub dokonać radykalnej zmiany.
Bez zmian, czyli pozostawienie spraw dalszemu biegowi: Olga Marcinkiewicz nadal kieruje biurem ESK 2016, w ukryciu powstaje aplikacja konkursowa, odbywa się konkurs na lokalne projekty, szefowa biura i jej rzecznik prasowy nadal bardzo wysoko oceniają swoją pracę i odnoszone sukcesy. Zaś twórcy i animatorzy kultury ostatecznie uświadamiają sobie, że to nie jest już ich sprawa. To władze Torunia zgłosiły udział w konkursie, one wyznaczały kolejne osoby zajmujące się ESK 2016 (Barbara Sroka i Olga Marcinkiewicz) i one też akceptowały ich pracę. Wielokrotnie powtarzane przeze mnie apele o obrady okrągłego stołu poświęconego toruńskiej kulturze ignorowane były zarówno przez biuro ESK, jak i władze miasta. Przewidywany przeze mnie efekt wyboru takiej drogi: odpadnięcie Torunia już w pierwszym etapie konkursu, prawdopodobnie razem z Białymstokiem, Katowicami, Szczecinem, Poznaniem i Warszawą, może także Wrocławiem. Podobnie jak Olga Marcinkiewicz uważam, że do drugiego etapu zakwalifikowane zostaną Gdańsk, Łódź i Lublin.
Rezygnacja już teraz z udziału w staraniach o tytuł ESK 2016. Spojrzenie prawdzie w oczy i honorowe uniknięcie porażki, uniknięcie niepotrzebnych wydatków i działań, rzetelne zajęcie się własnymi sprawami i uporządkowaniem polityki kulturalnej w Toruniu z myślą o innym, bardziej realnym zaistnieniu w europejskim obiegu kultury.
Jak to jest realizowane w Toruniu? Projekt podobno już powstaje i, jak mówiła Olga Marcinkiewicz w niedawnym wywiadzie dla "Gazety Wyborczej": "Tworzą go trzy osoby z zagranicy, które tworzą główną koncepcję, a później na jej podstawie napiszą aplikację. Do tego dochodzi polski zespół: socjolog, historyk ( ) Mogę zdradzić, że to uznane postaci zajmujące się sztuką w przestrzeni publicznej. Ta grupa później idzie na spotkania z szefami poszczególnych instytucji o rozmawia o ich pomysłach. Później zbiera je, wskazuje najlepsze i proponuje radzie programowej pełny projekt do zaakceptowania". Realizuje się to potajemnie, ponoć dlatego, aby żadne z konkurencyjnych miast nie poznało przed czasem pomysłów. Przy okazji mieszkańcy Torunia, a zwłaszcza artyści, animatorzy kultury i organizacje pozarządowe, nie mogą go poznać i nie mają żadnego wpływu na jego powstawanie. Do głosu dopuszczeni zostaną tylko szefowie instytucji.
Jak to się ma do wskazania określonego w ministerialnym "Poradniku dla miast ubiegających się o tytuł ESK 2016"? Czytamy w nim: "Program obchodów powinien być tworzony przy aktywnym udziale artystów, animatorów kultury, organizacji kulturalnych oraz mieszkańców danego miasta". Ten poważny błąd bez wątpienia wytkną nam eksperci oceniający projekt toruński. Warto ich posłuchać. Danuta Glondys, która już za rok oceniać będzie polskie i hiszpańskie projekty, tak mówiła o innych europejskich stolicach kultury na spotkaniu w Lublinie: "Marsylia miała fantastyczną wizję, to po pierwsze... ale ta wizja nie wynikała z tego, że siadło parę osób i sobie wymyśliło, tylko to była wizja nad którą pracowano przez dwa lata we współpracy z mieszkańcami, artystami i środowiskami biznesowymi. Odbyły się bodajże 34 warsztaty społecznościowe". Marcinkiewicz, chcąc uzyskać "wymiar europejski" starań Torunia, zaprosiła do stworzenia festiwalu Skyway oraz do napisania projektu ESK 2016 kuratorów i artystów z zagranicy, popełniając kolejny błąd. Glondys zwraca na niego uwagę: "Realizują wymiar europejski w bardzo, przepraszam, ale powiem prymitywny sposób, czyli za pomocą zapraszania artystów. Tu nie tylko chodzi o to, aby robić projekty z udziałem międzynarodowych artystów, bo to robimy wszyscy w Europie albo prawie wszyscy".
Projekt toruński tworzą zapewne te same osoby, które przygotowały festiwal Skyway. Realizują go w ukryciu, nie znając Torunia i naszego środowiska, bez udziału artystów i animatorów kultury, z pominięciem organizacji pozarządowych i instytucji kultury. Zapewne z nadzieją na to, że nie tylko zostanie on wysoko oceniony, ale także będzie potem przez nas grzecznie realizowany. Jak ostatnio zapewniała Marcinkiewicz, dopiero teraz ma być ogłoszony konkurs na dodatkowe projekty. Nie bardzo rozumiem po co, gdy projekt już powstaje. Tylko po to, by wybrać jedynie te propozycje, które pasują do gotowej koncepcji i jakoś ją nimi okrasić? Należy się także domyślać, że aplikacja nie jest tworzona za darmo - pamiętamy wszyscy wysokość honorariów kuratorów festiwalu Skyway, o takich honorariach nigdy nawet nie marzyli toruńscy twórcy. Zaś nasi artyści, którzy stworzyli bardzo piękną, poetycką realizację "Świecień" (świecący cień drzewa, chyba najciekawsza realizacja festiwalu) nie otrzymali żadnego wynagrodzenia, dając za darmo swoje pomysły, czas i pracę. To nie budzi zaufania wśród toruńskich artystów, to zraża, może nawet obraża? Twórcom spoza Torunia, zwłaszcza tym z zagranicy, trzeba dać wszystko, a wy, tutejsi, cieszcie się z tego, że w ogóle was pokazujemy.
Międzynarodowy Festiwal Światła "Skyway'09" bez wątpienia był krokiem we właściwą stronę. Zarówno jeśli chodzi o wygenerowanie nowego festiwalu toruńskiego, dobrze wpisanego w średniowieczną architekturę i specyfikę miasta, jak i o potwierdzenie potrzeby tego rodzaju inicjatyw. Tłumy torunian obecne na prezentacjach były tego najlepszym dowodem. Ale są też słabe strony tego wydarzenia - przede wszystkim został zaimportowany z zewnątrz wraz z jego zagranicznymi kuratorami. Nie powstał z inicjatywy toruńskiego środowiska twórców ani także przy równoprawnym ich udziale.
Pomimo zapewnień Olgi Marcinkiewicz o oryginalności festiwalu i o tym, że była to pierwsza tego rodzaju inicjatywa w kraju, okazał się wtórnym. Pół roku wcześniej w Gdańsku zrealizowany został miesięczny, grudniowy Festiwal Światła "W blasku Gdańska" - oryginalny, znakomicie wpisany w tradycję świąt Bożego Narodzenia i sylwestrowej feerii świateł. Przede wszystkim zaś powstał w tym mieście. Dla przeprowadzenia festiwalu zużyto wiele czasu i energii zespołu ESK 2016, który powinien przede wszystkim realizować swoje podstawowe zadania: integracja środowiska, wspólna praca nad projektami i finalizacja prac nad aplikacją konkursową.
Stereotyp skłóconego środowiska
Biuro ESK 2016, w sprawozdaniach i na stronie internetowej, chwali się swoimi "ambasadorami", którzy wspierają i promują nasze starania o tytuł ESK 2016. Żenują uprzejmościowe słowa poparcia starań o tytuł ESK uzyskiwane od zapraszanych do Torunia znanych artystów. Skoro już tutaj przyjechali i uzyskali satysfakcjonujące ich gaże, to czemu nie napisać kilku zdawkowych i niezobowiązujących słów? Posłuchajmy opinii Danuty Glondys: "Ambasadorzy Lille to nie byli ambasadorzy Lille, to byli wolontariusze, to była ogromna grupa wolontariuszy, oni mieli 16 tys. wolontariuszy pod koniec programu. To były osoby starsze i młodsze. To były osoby, które roznosiły ulotki, dostawały darmowe bilety na wejścia na imprezy, które były organizowane. To były osoby, które same były zaangażowane".
Od wielu lat krąży po Toruniu stereotyp skłóconego środowiska toruńskich twórców i mówi się wciąż o niemożności zmiany tej sytuacji. Jak w każdym stereotypie jest tu nieco prawdy - tak, osoby z tego środowiska rywalizują ze sobą, jak wszędzie. Ale także znacznie częściej ze sobą współpracują. Przykładów mogę podać wiele, ten sprawdzony na własnej skórze to zintegrowanie przeze mnie dużej części z nas w stowarzyszeniu "Uwaga Toruń" i determinacja objęcia naszymi działaniami Kombinatu Artystycznego, który miał powstać w Starym Browarze przy ul. Browarnej (tam miały mieć także siedzibę pozarządowe organizacje kulturalne i społeczne). Inicjatywa utrąciły władze miasta, nie wykorzystały ogromnej szansy, która tak bardzo mogłaby nam teraz pomóc w staraniach o tytuł ESK 2016.
Jest to oczywiste, że w każdym środowisku zawodowym istnieje konkurencja. Zwłaszcza widoczne jest to w obszarze sztuki, gdzie nie działa normalna demokracja. Toruńskie środowisko twórcze nie jest skłócone, tylko jest permanentnie marginalizowane. To nie skłócenie, ale dotkliwy brak pieniędzy oraz zwykły brak szacunku do ważnych funkcji społecznych, edukacyjnych, kulturotwórczych oraz ekonomicznych, które pełnią twórcy i animatorzy. W Toruniu brakuje pieniędzy zarówno dla instytucji, które ledwie zipią, jak i dla organizacji pozarządowych zajmujących się kulturą. Tutaj potrzebne są nie tylko zdecydowanie większe pieniądze, ale także należny szacunek za wykonywaną przez nich wartościową pracę oraz przekazywanie im coraz więcej zadań, których nie robią lub robią źle urzędy i instytucje.
Wreszcie istnieją także niezależni twórcy i animatorzy kultury, którzy są w Toruniu najbardziej marginalizowani. Przy ogólnym braku pieniędzy traktowani są oni przez instytucje kultury jak osoby stale czyhające na ich - rzeczywiście niewielkie pieniądze. Efekt jest taki, że instytucje kultury jednak w końcu jakieś pieniądze dostają, a stowarzyszenia i artyści niezależni - skorą są niezależni - muszą sobie radzić sami. I radzą sobie, najczęściej opuszczając na stałe Toruń lub - gdy decydują się tu pozostać - działają poza miastem. Marcinkiewicz twierdzi, że "jest to środowisko zapętlone w konfliktach". Nie poznała tego środowiska, nie zadała sobie trudu nawiązania z nim kontaktu i zintegrowania go ze sobą, wiele osób do siebie zraziła. Niestety, ja też mam podobne doświadczenia.
Bardzo mnie zmartwiły słowa radnej Krystyny Dowgiałło, która dla "Gazety" powiedziała: "Na ostatniej sesji rady miasta usłyszałam, że te reakcje artystów i animatorów nie są efektem ich negatywnego postrzegania instytucji Toruń 2016, ale w ogóle sprzeciwu wobec ubiegania się naszego miasta o europejski tytuł". Ogromna szkoda, że osoba, którą obdarzyliśmy zaufaniem i która powinna tworzyć program wspólnie z nami i dla nas, tak to ocenia.
Smutne świadectwa porażki
Symbolem aktualnego stanu toruńskiej kultury są dwie wieże. Na ostatnich piętrach dwóch toruńskich baszt obronnych siedzą w swoich gabinetach urzędnicy: szef kultury miejskiej Zbigniew Derkowski w baszcie przy ul. Podmurnej i szefowa biura ESK 2016 Olga Marcinkiewicz w Krzywej Wieży. Przechylona baszta to atrakcja turystyczna i pretekst do podczepiania się do sławy Pizy, ale tak naprawdę to średniowieczny błąd budowniczych. Miejsce idealne na pub piwny, w którym zachowanie pionu nijak nie jest możliwe ani też wskazane. Dotarcie na ostatnie piętra baszt nie jest takie proste - są to przecież budowle obronne.
Ale nie tylko nam trudno jest się tam dostać, trudno także się stamtąd schodzi urzędnikom. Czasami mówią do nas: "Może by tak pani lub pan do mnie kiedyś wpadł, to pogadamy?" Jak już przyjdziemy, odczekamy jako petenci i wdrapiemy się na szczyt wieży, to mnożą się trudności, rosną papierowe barykady podań i procedur "ale oczywiście zawsze trzeba próbować". Dociera do nas wyrok "niestety, mamy ograniczone środki". Moje doświadczenia z wdrapywania się na te wieże? Pomimo złożenia wielu aplikacji, zgłaszania różnych pomysłów i prowadzonych rozmów nigdy nic dotąd nie zostało zrealizowane. "Dwie wieże" muszą teraz zdeklarować jasno swoje stanowiska. Przede wszystkim zaś musi tego dokonać prezydent Torunia, jak dotąd kryjący się w ich cieniu.
Do tej pory z wysokości dwóch wież nie dostrzeżono rzeczywistego obrazu naszego środowiska. Brakuje rzetelnego, profesjonalnego zbierania informacji o twórcach i animatorach kultury. Brakuje oceny wartościującej, określającej nie tylko obszary aktywności, ale także ich jakość artystyczną i znaczenie lokalne, polskie, europejskie i światowe. Brakuje profesjonalnego monitoringu środowiska. Najwyższy czas stworzyć stałą formę kontaktów z twórcami, pytanie o ich pracę, sukcesy i potrzeby. Brakuje rzetelnej bazy danych o naszym środowisku. Tych 12 przypadkowych wpisów na stronie ESK 2016 (zakładka "Zapraszamy artystów") to smutne świadectwo bezradności i porażki.
Trzy drogi dla ESK
Uważnie przyglądając się aktualnemu stanowi toruńskich starań o uzyskanie tytułu ESK 2016, uważam, że mamy do wyboru trzy drogi: pozostawić wszystko bez zmian, zrezygnować już teraz lub dokonać radykalnej zmiany.
Bez zmian, czyli pozostawienie spraw dalszemu biegowi: Olga Marcinkiewicz nadal kieruje biurem ESK 2016, w ukryciu powstaje aplikacja konkursowa, odbywa się konkurs na lokalne projekty, szefowa biura i jej rzecznik prasowy nadal bardzo wysoko oceniają swoją pracę i odnoszone sukcesy. Zaś twórcy i animatorzy kultury ostatecznie uświadamiają sobie, że to nie jest już ich sprawa. To władze Torunia zgłosiły udział w konkursie, one wyznaczały kolejne osoby zajmujące się ESK 2016 (Barbara Sroka i Olga Marcinkiewicz) i one też akceptowały ich pracę. Wielokrotnie powtarzane przeze mnie apele o obrady okrągłego stołu poświęconego toruńskiej kulturze ignorowane były zarówno przez biuro ESK, jak i władze miasta. Przewidywany przeze mnie efekt wyboru takiej drogi: odpadnięcie Torunia już w pierwszym etapie konkursu, prawdopodobnie razem z Białymstokiem, Katowicami, Szczecinem, Poznaniem i Warszawą, może także Wrocławiem. Podobnie jak Olga Marcinkiewicz uważam, że do drugiego etapu zakwalifikowane zostaną Gdańsk, Łódź i Lublin.
Rezygnacja już teraz z udziału w staraniach o tytuł ESK 2016. Spojrzenie prawdzie w oczy i honorowe uniknięcie porażki, uniknięcie niepotrzebnych wydatków i działań, rzetelne zajęcie się własnymi sprawami i uporządkowaniem polityki kulturalnej w Toruniu z myślą o innym, bardziej realnym zaistnieniu w europejskim obiegu kultury.
Radykalna zmiana, czyli trudna decyzja o rzeczywistym ubieganiu się o uzyskanie tego tytułu. Czy jest to jeszcze teraz możliwe? Uważam, że tak. Toruń, ale także i Bydgoszcz, mają wszelkie predyspozycje do uzyskania tego prestiżowego tytułu, dysponują świetnym potencjałem twórczym ukrytym w naszym środowisku twórców i animatorów kultury, działających niezależnie, w organizacjach pozarządowych lub pracujących w instytucjach kultury i uczelniach. Trzeba teraz wielkiego, poruszającego i wiarygodnego impulsu. Wspólnie, siłami toruńskimi, bydgoskimi i regionalnymi, także z pomocą konsultantów z zagranicy, stworzyć można porywający projekt, oryginalny i szalony ale jednocześnie realny. Znając dobrze środowiska twórcze, wiem, że jest to jeszcze możliwe, jeszcze uda się poderwać ludzi. Nasi politycy i urzędnicy muszą teraz udowodnić, czy starania o tytuł ESK 2016 traktują tylko jako element zabiegów o utrzymanie władzy, czy rzeczywiście chodzi im przyszłość toruńskiej, bydgoskiej i regionalnej kultury.
Czy radykalna zmiana wymaga zmian w biurze ESK 2016? Zdecydowanie tak, ale to wcale nie oznacza, że należy odwołać Olgę Marcinkiewicz. Zrobiła ona także wiele dobrego i myślę, że jej doświadczenie, umiejętności i nabyte kontakty można świetnie wykorzystać. Trzeba tylko inaczej ustalić jej rolę w ESK 2016 i prowadzić permanentny monitoring podejmowanych tam działań. Nie wiem, czy problem ten rozwiąże zatrudnienie nowego dyrektora programowego. Nie bardzo rozumiem jego rolę. Wiele dobrego może tutaj spełnić rada programowa. Szkoda, że dotąd nie powstała. Myślę, że dzięki nadzorowaniu przez radę biura ESK 2016 uniknęlibyśmy wielu błędów i zaniechań. Jeśli ma to być rada aż 15-osobowa i "parytetowa", reprezentując proporcjonalnie marszałka, prezydenta oraz wszystkie inne siły w mieście i regionie to będzie to twór zbyt duży, podzielony wewnętrznie i mało skuteczny. Rada powinna być mniej liczna, w dużej mierze niezależna od władz, silna autorytetem i kompetencjami swoich członków. Powinna także posiadać jasno sprecyzowane cele i uprawnienia. Zwłaszcza teraz, gdy zostało już tak mało czasu. Dobrze, aby znalazły się w niej osoby nie tylko z Torunia, ale także z regionu, w tym koniecznie z Bydgoszczy.
Nie wiem, czy wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak wielkie pieniądze należy przeznaczyć na realizację projektu ESK 2016? Jak informują eksperci, miasta aplikujące w ostatnich latach do tytułu ESK 2016 deklarują własne nakłady finansowe w wysokości od 160 do 240 mln zł. Pamiętajmy, że przy takich pieniądzach przyznawana zwycięskim stolicom nagroda im. Meliny Mercouri to tylko 1,5 mln euro (6 mln zł). Jest to więc nagroda przede wszystkim prestiżowa, rekompensująca tylko niewielką część ponoszonych nakładów. Sam Toruń nie jest w stanie tego unieść finansowo. Konieczna jest tutaj bliska współpraca przede wszystkim z Bydgoszczą i z innymi miastami regionu oraz wspólna realizacja projektu. Jest to wskazane z wielu oczywistych względów: potwierdzenie naszej integracji metropolitarnej z Bydgoszczą, pokazanie, że kultura łączy. Takie też są wyraźne wytyczne konkursowe - włączanie do programu ESK regionu i sąsiednich miast.
Witold Chmielewski
Artysta plastyk i pedagog, profesor na wydziale sztuk pięknych UMK w Toruniu. Zajmuje się działaniami artystyczno-społecznymi, sztuką intermedialną, scenografią teatralną i telewizyjną, pisze teksty o sztuce współczesnej. Jest animatorem kultury, realizował m.in. projekt Fundacji Kultury i Programu 2 TVP "Małe Ojczyzny". Jest ekspertem w zakresie edukacji plastycznej oraz animacji kultury w środowiskach lokalnych.
Czy radykalna zmiana wymaga zmian w biurze ESK 2016? Zdecydowanie tak, ale to wcale nie oznacza, że należy odwołać Olgę Marcinkiewicz. Zrobiła ona także wiele dobrego i myślę, że jej doświadczenie, umiejętności i nabyte kontakty można świetnie wykorzystać. Trzeba tylko inaczej ustalić jej rolę w ESK 2016 i prowadzić permanentny monitoring podejmowanych tam działań. Nie wiem, czy problem ten rozwiąże zatrudnienie nowego dyrektora programowego. Nie bardzo rozumiem jego rolę. Wiele dobrego może tutaj spełnić rada programowa. Szkoda, że dotąd nie powstała. Myślę, że dzięki nadzorowaniu przez radę biura ESK 2016 uniknęlibyśmy wielu błędów i zaniechań. Jeśli ma to być rada aż 15-osobowa i "parytetowa", reprezentując proporcjonalnie marszałka, prezydenta oraz wszystkie inne siły w mieście i regionie to będzie to twór zbyt duży, podzielony wewnętrznie i mało skuteczny. Rada powinna być mniej liczna, w dużej mierze niezależna od władz, silna autorytetem i kompetencjami swoich członków. Powinna także posiadać jasno sprecyzowane cele i uprawnienia. Zwłaszcza teraz, gdy zostało już tak mało czasu. Dobrze, aby znalazły się w niej osoby nie tylko z Torunia, ale także z regionu, w tym koniecznie z Bydgoszczy.
Nie wiem, czy wszyscy zdajemy sobie sprawę, jak wielkie pieniądze należy przeznaczyć na realizację projektu ESK 2016? Jak informują eksperci, miasta aplikujące w ostatnich latach do tytułu ESK 2016 deklarują własne nakłady finansowe w wysokości od 160 do 240 mln zł. Pamiętajmy, że przy takich pieniądzach przyznawana zwycięskim stolicom nagroda im. Meliny Mercouri to tylko 1,5 mln euro (6 mln zł). Jest to więc nagroda przede wszystkim prestiżowa, rekompensująca tylko niewielką część ponoszonych nakładów. Sam Toruń nie jest w stanie tego unieść finansowo. Konieczna jest tutaj bliska współpraca przede wszystkim z Bydgoszczą i z innymi miastami regionu oraz wspólna realizacja projektu. Jest to wskazane z wielu oczywistych względów: potwierdzenie naszej integracji metropolitarnej z Bydgoszczą, pokazanie, że kultura łączy. Takie też są wyraźne wytyczne konkursowe - włączanie do programu ESK regionu i sąsiednich miast.
Witold Chmielewski
Artysta plastyk i pedagog, profesor na wydziale sztuk pięknych UMK w Toruniu. Zajmuje się działaniami artystyczno-społecznymi, sztuką intermedialną, scenografią teatralną i telewizyjną, pisze teksty o sztuce współczesnej. Jest animatorem kultury, realizował m.in. projekt Fundacji Kultury i Programu 2 TVP "Małe Ojczyzny". Jest ekspertem w zakresie edukacji plastycznej oraz animacji kultury w środowiskach lokalnych.
- 12 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
8 głosów
-
Re: Chmielewski: Dwie wieże górują nad kulturą
hecer
30.11.09, 10:30
merytoryczny? ja tu nic merytorycznego nie widzę. Uzasadnienia stawianych teznie trzymają się kupy. Artykuł na dwie strony i nie ma co komentowac»
-
Chmielewski: Dwie wieże górują nad kulturą
tapry
30.11.09, 20:41
Nagle "środowiska kulturalne Torunia" zauważają, że Bydgoszcz posiada wieleinstytucji kultury i ludzi kultury i sztuki.I ,że koniecznie należy ichwłączyć do wspólnych starań i »
-
Chmielewski: Dwie wieże górują nad kulturą
anka-torunianka
30.11.09, 22:45
Bywacie w Łodzi? Napiszcie, czy w Łodzi widzi się billboardy i plakaty reklamujące toruńskie imprezy kulturalne? Bo w Toruniu wiadomo o np. Plus Camerimage (flisak żaby aż tak daleko »
Najczęściej czytane24 htydzień




