Unibax jak Pulczyński - już jeździ bez presji
27.08.2010
, aktualizacja: 26.08.2010 15:14
Najciekawszym obrazem z ćwierćfinału Unibaksu i Betardu był widok toruńskich żużlowców funkcjonujących - wreszcie! - jak zespół, a nie zlepek indywidualności
ZOBACZ WIDEO
ZOBACZ TAKŻE
- Żużel. Grand Prix Chorwacji odwołane (28-08-10, 19:20)
- Ekstraliga żużlowa. Zaczyna się walka o finał (27-08-10, 18:15)
Właśnie ta metamorfoza może być w półfinałach z Unią Leszno cenniejsza niż choćby najlepsze motocykle.
Potężny, nadmuchany balon odpowiedzialności w Unibaksie nareszcie pękł. Kilka scen z środy: stadion skandujący imię Emila Pulczyńskiego, on sam podrzucany przez partnerów z drużyny, Chris Holder wręcz pilotujący 18-latka w 12. biegu, by ten zaliczył kolejne biegowe zwycięstwo. I jeszcze aktywny Wiesław Jaguś - choć słabszy niż w przeszłości, to walczący z wielkim zaangażowaniem jak kilka lat temu, mądrość pary Ryan Sullivan - Adrian Miedziński. Dwóch świetnych żużlowców jechało nie dla indywidualnych wyników i pieniędzy, a mądrze - współpracując na torze, pomagając sobie nawzajem.
Pierwsze wrażenie: w środowy wieczór Unibax był zespołem złożonym z osób, które z żużla czerpią prawdziwą przyjemność, a nie traktują go jak sposób na zarobienie kilkunastu tysięcy zł w dwie godziny.
Nie było ścigania się między sobą o to, kto zaliczy trzy punkty, a kto dwa. Nie było pędzenia do mety bez oglądania się za siebie. Nie było też rozgrywania akcji na pierwszym łuku bez głowy. Nie było - nareszcie! - indywidualności, a drużyna. Na taki Unibax, jaki był w środę, tysiące kibiców czeka od początku tego sezonu.
Do tej pory przeciętnego, chwilami wręcz nieudanego. Ale tak naprawdę rozgrywki ruszają dopiero teraz - w półfinałach play-off. Wszystko to, co było dotychczas, to jedynie wstęp, muzyczne intro do właściwego koncertu.
Nie oznacza to, że teraz torunianie wyrastają na głównego kandydata do mistrzostwa - to się nadal nie zmienia. Ale szanse na to, że koniec sezonu będzie znacznie lepszy od jego początku są znacznie większe.
Unibax w tym sezonie nie radził sobie z nerwami. To dziwne, bo doświadczonych żużlowców i działaczy jest w nim wielu - nerwy powinny być dla nich codziennością, czymś naturalnym. Wręcz spodziewanym.
Tymczasem kamery TVP wychwytywały w tym sezonie scenki, w których zawodnicy krzyczeli na siebie, niektórzy z żużlowców unikali mediów bojąc się ich jak diabeł święconej wody. Darcy Ward podczas prezentacji przy pierwszym podejściu meczu z Betardem - kiedy prezenter wykrzykiwał jego imię i nazwisko - udawał, że robi głośne "buuuuuu" ironizując z tego, że za chwilę jego kibice w ten sposób go skrytykują. To wszystko pokazuje, że odporność psychiczna nie jest silną stroną torunian.
Zadziwia mnie delikatność i wrażliwość twardych ludzi, jakimi - teoretycznie - powinni być żużlowcy i ci, którzy z nimi pracują. Prezes klubu Wojciech Stępniewski prosił w środowy wieczór o "spokój, doping i pracę", a trener Jan Ząbik wspominał o tym, że przez ostatnie artykuły prasowe "każdy był zbulwersowany, a przede wszystkim niemal rozstrzęsiony".
Zakładam, że mężczyźni pędzący z zawrotną prędkością na motocyklach bez hamulców na wąskim torze potrafią sobie radzić z presją. Tak samo, jak działacze, którzy muszą sobie zdawać sprawę z tego, że są skazani na pół roku pod presją oczekiwań tysięcy kibiców.
Na szczęście dla torunian, przed półfinałami presji właściwie nie ma. Unibax wykonał to, co musiał - awansował do półfinału. Plan minimum nakreślony przez właściciela drużyny Romana Karkosika jest wypełniony, jego ultimatum i groźby rewolucji w klubie są już nieaktualne. Unibax może odetchnąć z ulgą. Poczuć się trochę jak Pulczyński, który w środę wygrywał, bo jeździł bez presji - zrobił wcześniej to, co do niego należało.
Właśnie to - jazda bez obciążenia, bo przecież to Unia Leszno jest faworytem dwumeczu półfinałowego - może okazać się największym atutem torunian. Unibax w tym sezonie.
Potężny, nadmuchany balon odpowiedzialności w Unibaksie nareszcie pękł. Kilka scen z środy: stadion skandujący imię Emila Pulczyńskiego, on sam podrzucany przez partnerów z drużyny, Chris Holder wręcz pilotujący 18-latka w 12. biegu, by ten zaliczył kolejne biegowe zwycięstwo. I jeszcze aktywny Wiesław Jaguś - choć słabszy niż w przeszłości, to walczący z wielkim zaangażowaniem jak kilka lat temu, mądrość pary Ryan Sullivan - Adrian Miedziński. Dwóch świetnych żużlowców jechało nie dla indywidualnych wyników i pieniędzy, a mądrze - współpracując na torze, pomagając sobie nawzajem.
Pierwsze wrażenie: w środowy wieczór Unibax był zespołem złożonym z osób, które z żużla czerpią prawdziwą przyjemność, a nie traktują go jak sposób na zarobienie kilkunastu tysięcy zł w dwie godziny.
Nie było ścigania się między sobą o to, kto zaliczy trzy punkty, a kto dwa. Nie było pędzenia do mety bez oglądania się za siebie. Nie było też rozgrywania akcji na pierwszym łuku bez głowy. Nie było - nareszcie! - indywidualności, a drużyna. Na taki Unibax, jaki był w środę, tysiące kibiców czeka od początku tego sezonu.
Do tej pory przeciętnego, chwilami wręcz nieudanego. Ale tak naprawdę rozgrywki ruszają dopiero teraz - w półfinałach play-off. Wszystko to, co było dotychczas, to jedynie wstęp, muzyczne intro do właściwego koncertu.
Nie oznacza to, że teraz torunianie wyrastają na głównego kandydata do mistrzostwa - to się nadal nie zmienia. Ale szanse na to, że koniec sezonu będzie znacznie lepszy od jego początku są znacznie większe.
Unibax w tym sezonie nie radził sobie z nerwami. To dziwne, bo doświadczonych żużlowców i działaczy jest w nim wielu - nerwy powinny być dla nich codziennością, czymś naturalnym. Wręcz spodziewanym.
Tymczasem kamery TVP wychwytywały w tym sezonie scenki, w których zawodnicy krzyczeli na siebie, niektórzy z żużlowców unikali mediów bojąc się ich jak diabeł święconej wody. Darcy Ward podczas prezentacji przy pierwszym podejściu meczu z Betardem - kiedy prezenter wykrzykiwał jego imię i nazwisko - udawał, że robi głośne "buuuuuu" ironizując z tego, że za chwilę jego kibice w ten sposób go skrytykują. To wszystko pokazuje, że odporność psychiczna nie jest silną stroną torunian.
Zadziwia mnie delikatność i wrażliwość twardych ludzi, jakimi - teoretycznie - powinni być żużlowcy i ci, którzy z nimi pracują. Prezes klubu Wojciech Stępniewski prosił w środowy wieczór o "spokój, doping i pracę", a trener Jan Ząbik wspominał o tym, że przez ostatnie artykuły prasowe "każdy był zbulwersowany, a przede wszystkim niemal rozstrzęsiony".
Zakładam, że mężczyźni pędzący z zawrotną prędkością na motocyklach bez hamulców na wąskim torze potrafią sobie radzić z presją. Tak samo, jak działacze, którzy muszą sobie zdawać sprawę z tego, że są skazani na pół roku pod presją oczekiwań tysięcy kibiców.
Na szczęście dla torunian, przed półfinałami presji właściwie nie ma. Unibax wykonał to, co musiał - awansował do półfinału. Plan minimum nakreślony przez właściciela drużyny Romana Karkosika jest wypełniony, jego ultimatum i groźby rewolucji w klubie są już nieaktualne. Unibax może odetchnąć z ulgą. Poczuć się trochę jak Pulczyński, który w środę wygrywał, bo jeździł bez presji - zrobił wcześniej to, co do niego należało.
Właśnie to - jazda bez obciążenia, bo przecież to Unia Leszno jest faworytem dwumeczu półfinałowego - może okazać się największym atutem torunian. Unibax w tym sezonie.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
Najczęściej czytane24 htydzień




odtwórz