Unibax niczym Rzym, Włókniarz jak Pyrrus?
08.09.2009
, aktualizacja: 07.09.2009 13:38
Żeby Unibax nie awansował do finału Ekstraligi po niezłym wyniku w Częstochowie, w niedzielę musiałby rozegrać najgorszy mecz w sezonie na swoim torze. Czy szykują się jeszcze jedne derby - wyjątkowe i o złoto? Prezes torunian: - Spokojnie. Nie jesteśmy w finale.
ZOBACZ TAKŻE
- Na żużlu nietypowo - finał bez treningów (17-10-09, 01:00)
- Jest brązowo, ale nie kolorowo (05-10-09, 22:00)
- Włókniarz i jego kibice walczą o brąz i przyszłość klubu (02-10-09, 15:39)
- Unibax-Włókniarz: składy już ustalone (10-09-09, 12:16)
- "Niech Częstochowa zajmie się szukaniem sponsorów, a nie filmami" (08-09-09, 13:43)
- Na Włókniarz bez Sullivana? Tak, jeśli uderzył! (08-09-09, 12:16)
- Unibax przegrał, ale co z tego? Finał blisko (07-09-09, 10:22)
Jednak jeśli w niedzielę nie wydarzy się nic zaskakującego, to tegoroczny finał może być wyjątkowy, bo toruńsko-bydgoski. O ile w Zielonej Górze liderzy Polonii - nawet korzystając z rezerwy taktycznej - nie zawiodą i nie pozwolą Falubazowi na wypracowanie przewagi wyższej niż 10 punktów, bydgoszczanie sensacyjnie awansują do czołowej dwójki ligi. A to samo może czekać Unibax.
Sytuacja po niedzielnym spotkaniu, kiedy zawodnicy z Torunia mimo porażki wręcz świętowali i zadowoleni gratulowali sobie dobrze wykonanej pracy, a Robert Kościecha uśmiechał się w wywiadzie telewizyjnym niczym gwiazda Hollywood, nie jest przypadkiem. I mówi równie wiele, jak urzędowy optymizm częstochowian, którzy cieszyli się z 2-punktowego zwycięstwa, ale jakby tylko po to, by nie robić złego wrażenia. Więcej mówiły zdziwione twarze Nicki Pedersena i Grega Hancocka ze zdumieniem mówiących trenerowi Grzegorzowi Dzikowskiemu, że tor wcale nie jest taki, na jaki się w częstochowskiej ekipie umawiano.
Włókniarz wygrał, bo Pedersen jeździł znów niczym żużlowiec z innej planety. Ale to pyrrusowe zwycięstwo. W II w p.n.e. król Epiru Pyrrus toczył wojnę z Rzymem. Wygrał ważną bitwę pod Ausculum, ale stracił w niej tak wielu żołnierzy, że w wojnie z potęgą nie miał już szans.
I podobnie jest w rywalizacji częstochowsko-toruńskiej. Włókniarz wygrał, ale co z tego? Nie wypracował takiej przewagi, która oznaczałaby spokój na Motoarenie. Dla Unibaksu planem minimum było zdobycie 40 punktów - udało się zrobić 10 proc. więcej. W perspektywie rewanżu właśnie cztery punkty ponad miarę mogą zadecydować o remisie w wygranych bitwach, ale zwycięskiej całej wojnie.
Unibax w tym sezonie jeszcze ani razu nie przegrał na swoim stadionie. Więc i w niedzielę będzie faworytem. Statystycznie też powinien pokonać Włókniarza wystarczająco wysoko, by zapewnić sobie sukces - żadnej drużynie na Motoarenie nie udało się zdobyć więcej niż 42 punkty. Taki wynik w częstochowian będzie oznaczał awans gospodarzy.
Wystarczy, by Unibax jechał nawet na nieco niższym poziomie niż w maju, kiedy wygrał aż 53:37. Na Motoarenie przeciętnie jechał wtedy Nicki Pedersen (12 pkt.), źle Greg Hancock (8), a koszmarnie Michał Szczepaniak i Sławomir Drabik (wspólnie 1 punkt w pięciu biegach). Ale wtedy wśród częstochowian nie było Tomasza Gapińskiego, który teraz może okazać się zawodnikiem robiącym różnicę w możliwościach Włókniarza. Nawet, mimo że Motoareny nie zna.
Poza tym częstochowianie to zespół nieobliczalny. W lipcu ub. roku częstochowianie zaszokowali Toruń wygrywając 59:34. A przecież składy obu ekip były bardzo zbliżone do tych, które będą w niedzielę - we Włókniarzu jeździł rok temu Sebastian Ułamek, W Unibaksie - Hans Andersen.
Sytuacja po niedzielnym spotkaniu, kiedy zawodnicy z Torunia mimo porażki wręcz świętowali i zadowoleni gratulowali sobie dobrze wykonanej pracy, a Robert Kościecha uśmiechał się w wywiadzie telewizyjnym niczym gwiazda Hollywood, nie jest przypadkiem. I mówi równie wiele, jak urzędowy optymizm częstochowian, którzy cieszyli się z 2-punktowego zwycięstwa, ale jakby tylko po to, by nie robić złego wrażenia. Więcej mówiły zdziwione twarze Nicki Pedersena i Grega Hancocka ze zdumieniem mówiących trenerowi Grzegorzowi Dzikowskiemu, że tor wcale nie jest taki, na jaki się w częstochowskiej ekipie umawiano.
Włókniarz wygrał, bo Pedersen jeździł znów niczym żużlowiec z innej planety. Ale to pyrrusowe zwycięstwo. W II w p.n.e. król Epiru Pyrrus toczył wojnę z Rzymem. Wygrał ważną bitwę pod Ausculum, ale stracił w niej tak wielu żołnierzy, że w wojnie z potęgą nie miał już szans.
I podobnie jest w rywalizacji częstochowsko-toruńskiej. Włókniarz wygrał, ale co z tego? Nie wypracował takiej przewagi, która oznaczałaby spokój na Motoarenie. Dla Unibaksu planem minimum było zdobycie 40 punktów - udało się zrobić 10 proc. więcej. W perspektywie rewanżu właśnie cztery punkty ponad miarę mogą zadecydować o remisie w wygranych bitwach, ale zwycięskiej całej wojnie.
Unibax w tym sezonie jeszcze ani razu nie przegrał na swoim stadionie. Więc i w niedzielę będzie faworytem. Statystycznie też powinien pokonać Włókniarza wystarczająco wysoko, by zapewnić sobie sukces - żadnej drużynie na Motoarenie nie udało się zdobyć więcej niż 42 punkty. Taki wynik w częstochowian będzie oznaczał awans gospodarzy.
Wystarczy, by Unibax jechał nawet na nieco niższym poziomie niż w maju, kiedy wygrał aż 53:37. Na Motoarenie przeciętnie jechał wtedy Nicki Pedersen (12 pkt.), źle Greg Hancock (8), a koszmarnie Michał Szczepaniak i Sławomir Drabik (wspólnie 1 punkt w pięciu biegach). Ale wtedy wśród częstochowian nie było Tomasza Gapińskiego, który teraz może okazać się zawodnikiem robiącym różnicę w możliwościach Włókniarza. Nawet, mimo że Motoareny nie zna.
Poza tym częstochowianie to zespół nieobliczalny. W lipcu ub. roku częstochowianie zaszokowali Toruń wygrywając 59:34. A przecież składy obu ekip były bardzo zbliżone do tych, które będą w niedzielę - we Włókniarzu jeździł rok temu Sebastian Ułamek, W Unibaksie - Hans Andersen.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień




