Giedrys: Pisuar Strobanda, czyli mała architektura na Starówce
2011-04-13
, aktualizacja: 12.04.2011 18:23
Durnostójka, pseudopomnik, brzydki mieszczański bibelot - to chyba najlżejsze epitety dotyczące małej architektury w naszym mieście. Teraz na Starówce pojawił się nowy element - pisuar Strobanda - pisze Grzegorz Giedrys, "Gazeta Wyborcza"
Na Rynku Staromiejskim niedaleko budynku poczty stanął zdrój upamiętniający Henryka Strobanda, zasłużonego burmistrza Torunia, żyjącego w naszym mieście na przełomie XVI i XVII wieku. Wodopój powstał z inicjatywy radnych i Towarzystwa Miłośników Torunia, jego bryłę wykonał zaś Marek Moderau - rzeźbiarz, który jest m.in. autorem pomnika pamięci ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Wkrótce zdrój zacznie działać. W granicie znalazły się płaskorzeźby przedstawiające znak salamandry, herby starego i nowego miasta oraz Podgórz. Nad wszystkim góruje napis "Durabo" (przetrwam) - łacińska dewiza Torunia. Magistrat zapłacił za całość 100 tys. zł.
Czeka nas piekło. Przez wszystkie media i fora internetowe przejdzie fala krytyki: architektoniczny i estetyczny potworek, durnostójka, pseudopomnik, brzydki mieszczański bibelot - to chyba najlżejsze epitety dotyczące małej architektury w naszym mieście. W ten sposób nazywano aleję gwiazd pod Dworem Artusa, osiołka na Rynku Staromiejskim, psa Filusia na ul. Chełmińskiej, pomnik Kargula i Pawlaka pod Cinema City, wózek upamiętniający zdjęcia do "Prawa i pięści" na Rynku Nowomiejskim, a także herby hanzeatyckich miast na deptaku. Za wszystko solidarnie dostaje się Andrzejowi Szmakowi, dyrektorowi Biura Toruńskiego Centrum Miasta, które zajmuje się dekorowaniem Starówki. Zapowiedzią zadymy jest to, że zdrój doczekał się już nieoficjalnej nazwy - to pisuar.
Większość krytyków - tak laicy z forów internetowych, jak i uniwersyteckie i artystyczne autorytety - ulega podszeptom typowo mieszczańskiego i polskiego decorum. Pomnik to myśl wysoka, która domaga się wysokiego i wzniosłego stylu. W Polsce nie wypada stawiać na piedestał bohaterów życia codziennego, postaci błahych albo fikcyjnych. Musi być martyrologia, mesjanizm, krew i koniecznie coś z Norwida, więc to zrozumiałe, że pieski trzymające kapelusz w zębach albo starsi panowie tępo wpatrujący się w neon sieciowego kina muszą w jakimś stopniu drażnić nasze poczucie obowiązku wobec bolesnego polskiego dziedzictwa.
W zeszłym tygodniu byłem w Sztokholmie. Zapewne większość krytyków toruńskiej małej architektury nie wytrzymałaby tam jednego dnia, tak stolica Szwecji jest nasycona rozmaitymi pomniczkami, figurkami, obiektami i wszelkiego rodzaju glutami reprezentującymi nieznane mi rejestry sztuki nowoczesnej. Wszędzie, gdzie czai się taki potworek, tłoczą się turyści, kompulsywnie duszący spusty migawek aparatów fotograficznych. Zrobiłem sobie zdjęcie: z lisem, dzikiem, koroną szwedzką, rewolwerem z lufą zawiązaną na supeł, z cytatem ze Strindberga, ze słowem "penis" z cytatu ze Strindberga, trollem, krasnoludem, zastępem postaci z kreskówek przerobionych na modłę steampunkową, portową kotwicą, portretem Alfreda Nobla, z rzygawką obok portretu Nobla, z plakatem reklamującym wieczór z feminazistkami i szwedzkimi klopsami, rozświetloną wieżą, która zapewne w Polsce coś by upamiętniała albo w najgorszym wypadku symbolizowała, a która w Szwecji jest po prostu rozświetlona i ładna. Zatrzymywałem się przy każdym estetycznym dziwactwie i nie zastanawiając się długo, robiłem dziesiątki zdjęć. Dzięki temu mój spacer po czterech śródmiejskich wyspach Sztokholmu trwał kilka godzin i kosztował setki koron.
Jeśli więc chcesz, żeby przyjezdni nie pokonywali miasta w tempie rajdu pieszego i żeby wydali pieniądze na banalne souveniry i kawę, warto im w tym marszu trochę poprzeszkadzać, stawiając rozmaite fotogeniczne cuda. Żaden zagraniczny turysta nie zatrzyma się przecież przed polskojęzyczną tablicą upamiętniającą antykomunistyczne zamieszki w Toruniu w 1982 roku... osobiście tłumaczyłem to przypadkowo spotkanym Norwegom, co zamieniło się w kilkuminutowy wykład o historii Polski.
Nasze dekoracje cieszą się wielką popularnością. Turyści fotografują, jak karmią Filusia, obejmują się z Kargulem i Pawlakiem, pozują przy swawolnym pomniku przyjaźni polsko-duńskiej, próbują ciągnąć wózek na Rynku Nowomiejskim, kąpią się w fontannie przy harmonijce, dosiadają osiołka. W internecie da się zauważyć zdjęcia tych, którzy bawili się staromiejskimi dekoracjami.
Ich wadą jest to, że uparcie starają się nawiązywać do historii, symboli albo legend naszego miasta. Toruń chętnie powołuje się na swoje astronomiczne tradycje, ale zapomina, że w łatwy sposób można powiązać je z kulturą popularną. Pop jest dobrym rozwiązaniem - przekonują o tym popularne figurki komiksowego Filusia i postaci z komedii "Sami swoi". Na naszych ulicach mógłby na przykład stanąć monument przypominający tajemniczy obiekt z filmu "2001: Odyseja kosmiczna" Stanleya Kubricka albo rzeźba przedstawiająca zamrożonego w karbonicie Hana Solo z piątej części "Gwiezdnych wojen".
Zdrój pozostanie na długie lata pisuarem. Nowy obiekt koniecznie należy oswoić. A może dodać do niego nową wartość, przenosząc w jego okolicę rzeźbę przypominającą o przyjaźni polsko-duńskiej, która stoi w ogródku piwnym pubu Koniec Świata przy ul. Podmurnej? Tak, tę o dość frywolnych kształtach. Wcześniej znajdowała się na trawniku przy al. Solidarności, ale za bardzo kojarzyła się prawicowym radnym, więc postanowili ją przenieść w zaciszne miejsce, gdzie nie epatowałaby torunian swoją falliczną estetyką. Gdy te dwa elementy miejskiego wystroju znajdą się obok siebie, już nikt nie powie, że mała miejska architektura rodzi się w Toruniu po łebkach, bez żadnego planu. Jedno do drugiego pasuje jak ulał.
torun.gazeta.pl
Czy na Starówce jest jeszcze miejsce na kolejne elementy małej architektury? Czy powinniśmy stawiać obiekty tylko odwołujące się do naszej tradycji?
Czekamy na opinie czytelników: redakcja@torun.gazeta.pl
Czeka nas piekło. Przez wszystkie media i fora internetowe przejdzie fala krytyki: architektoniczny i estetyczny potworek, durnostójka, pseudopomnik, brzydki mieszczański bibelot - to chyba najlżejsze epitety dotyczące małej architektury w naszym mieście. W ten sposób nazywano aleję gwiazd pod Dworem Artusa, osiołka na Rynku Staromiejskim, psa Filusia na ul. Chełmińskiej, pomnik Kargula i Pawlaka pod Cinema City, wózek upamiętniający zdjęcia do "Prawa i pięści" na Rynku Nowomiejskim, a także herby hanzeatyckich miast na deptaku. Za wszystko solidarnie dostaje się Andrzejowi Szmakowi, dyrektorowi Biura Toruńskiego Centrum Miasta, które zajmuje się dekorowaniem Starówki. Zapowiedzią zadymy jest to, że zdrój doczekał się już nieoficjalnej nazwy - to pisuar.
Większość krytyków - tak laicy z forów internetowych, jak i uniwersyteckie i artystyczne autorytety - ulega podszeptom typowo mieszczańskiego i polskiego decorum. Pomnik to myśl wysoka, która domaga się wysokiego i wzniosłego stylu. W Polsce nie wypada stawiać na piedestał bohaterów życia codziennego, postaci błahych albo fikcyjnych. Musi być martyrologia, mesjanizm, krew i koniecznie coś z Norwida, więc to zrozumiałe, że pieski trzymające kapelusz w zębach albo starsi panowie tępo wpatrujący się w neon sieciowego kina muszą w jakimś stopniu drażnić nasze poczucie obowiązku wobec bolesnego polskiego dziedzictwa.
W zeszłym tygodniu byłem w Sztokholmie. Zapewne większość krytyków toruńskiej małej architektury nie wytrzymałaby tam jednego dnia, tak stolica Szwecji jest nasycona rozmaitymi pomniczkami, figurkami, obiektami i wszelkiego rodzaju glutami reprezentującymi nieznane mi rejestry sztuki nowoczesnej. Wszędzie, gdzie czai się taki potworek, tłoczą się turyści, kompulsywnie duszący spusty migawek aparatów fotograficznych. Zrobiłem sobie zdjęcie: z lisem, dzikiem, koroną szwedzką, rewolwerem z lufą zawiązaną na supeł, z cytatem ze Strindberga, ze słowem "penis" z cytatu ze Strindberga, trollem, krasnoludem, zastępem postaci z kreskówek przerobionych na modłę steampunkową, portową kotwicą, portretem Alfreda Nobla, z rzygawką obok portretu Nobla, z plakatem reklamującym wieczór z feminazistkami i szwedzkimi klopsami, rozświetloną wieżą, która zapewne w Polsce coś by upamiętniała albo w najgorszym wypadku symbolizowała, a która w Szwecji jest po prostu rozświetlona i ładna. Zatrzymywałem się przy każdym estetycznym dziwactwie i nie zastanawiając się długo, robiłem dziesiątki zdjęć. Dzięki temu mój spacer po czterech śródmiejskich wyspach Sztokholmu trwał kilka godzin i kosztował setki koron.
Jeśli więc chcesz, żeby przyjezdni nie pokonywali miasta w tempie rajdu pieszego i żeby wydali pieniądze na banalne souveniry i kawę, warto im w tym marszu trochę poprzeszkadzać, stawiając rozmaite fotogeniczne cuda. Żaden zagraniczny turysta nie zatrzyma się przecież przed polskojęzyczną tablicą upamiętniającą antykomunistyczne zamieszki w Toruniu w 1982 roku... osobiście tłumaczyłem to przypadkowo spotkanym Norwegom, co zamieniło się w kilkuminutowy wykład o historii Polski.
Nasze dekoracje cieszą się wielką popularnością. Turyści fotografują, jak karmią Filusia, obejmują się z Kargulem i Pawlakiem, pozują przy swawolnym pomniku przyjaźni polsko-duńskiej, próbują ciągnąć wózek na Rynku Nowomiejskim, kąpią się w fontannie przy harmonijce, dosiadają osiołka. W internecie da się zauważyć zdjęcia tych, którzy bawili się staromiejskimi dekoracjami.
Ich wadą jest to, że uparcie starają się nawiązywać do historii, symboli albo legend naszego miasta. Toruń chętnie powołuje się na swoje astronomiczne tradycje, ale zapomina, że w łatwy sposób można powiązać je z kulturą popularną. Pop jest dobrym rozwiązaniem - przekonują o tym popularne figurki komiksowego Filusia i postaci z komedii "Sami swoi". Na naszych ulicach mógłby na przykład stanąć monument przypominający tajemniczy obiekt z filmu "2001: Odyseja kosmiczna" Stanleya Kubricka albo rzeźba przedstawiająca zamrożonego w karbonicie Hana Solo z piątej części "Gwiezdnych wojen".
Zdrój pozostanie na długie lata pisuarem. Nowy obiekt koniecznie należy oswoić. A może dodać do niego nową wartość, przenosząc w jego okolicę rzeźbę przypominającą o przyjaźni polsko-duńskiej, która stoi w ogródku piwnym pubu Koniec Świata przy ul. Podmurnej? Tak, tę o dość frywolnych kształtach. Wcześniej znajdowała się na trawniku przy al. Solidarności, ale za bardzo kojarzyła się prawicowym radnym, więc postanowili ją przenieść w zaciszne miejsce, gdzie nie epatowałaby torunian swoją falliczną estetyką. Gdy te dwa elementy miejskiego wystroju znajdą się obok siebie, już nikt nie powie, że mała miejska architektura rodzi się w Toruniu po łebkach, bez żadnego planu. Jedno do drugiego pasuje jak ulał.
torun.gazeta.pl
Czy na Starówce jest jeszcze miejsce na kolejne elementy małej architektury? Czy powinniśmy stawiać obiekty tylko odwołujące się do naszej tradycji?
Czekamy na opinie czytelników: redakcja@torun.gazeta.pl
- 9 komentarzy
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
8 głosów
-
Giedrys: Pisuar Strobanda, czyli mała architekt...
kazio1410
13.04.11, 10:14
doskonaly komentarz i genialne pomysly, popieram, sam zrobilem sobie zdjecia ze swinkami i trzema muzykantami w Bremen.»
-
Re: Giedrys: Pisuar Strobanda, czyli mała archite
nslaw
13.04.11, 11:07
Brema[1] (niem. Bremen) – miasto w północnych Niemczech, położone nad rzeką Wezerą (niem. Weser) - Wikipedia.»
Najczęściej czytane24 htydzień




więcej zdjęć