Rocznica katastrofy. Ciała były wszędzie...

Natalia Waloch
2010-08-05 , aktualizacja: 04.08.2010 16:13
A A A Drukuj
- Zwłoki kładliśmy na skarpie w rzędzie. To trwało i trwało, myślałem, że się nigdy nie skończy - mówi Kazimierz Janicki, inicjator obchodów 30. rocznicy najtragiczniejszej katastrofy w dziejach polskiej kolei, do której doszło pod Toruniem

Fot. Wojciech Kardas / Agencja Gazeta
ZOBACZ TAKŻE
Był 19 sierpnia 1980 r. Za chwilę miało świtać. W domu Kazimierza Janickiego, wówczas szefa lokomotywowni w Toruniu rozległ się dźwięk telefonu. - To był mój dyspozytor Maksymilian Świtajski. Złożył meldunek, że zderzyły się dwa pociągi - wspomina Janicki.

Kilka chwil wcześniej, o godz. 4.18 z Torunia ruszył pociąg pospieszny do Łodzi. Dwie minuty później z Otłoczyna startuje skład towarowy. Jego maszynista jest na nogach od dwudziestu kilku godzin. Przeocza znak stopu na semaforze i wjeżdża pod prąd na tor. O nadchodzącej katastrofie automatyczne urządzenia informują kierujących ruchem dyżurnych. Brak łączności z maszynistami obu pędzących pociągów sprawia jednak, że tragedii nie można już zapobiec. O 4.30 w wąwozie na wysokości podtoruńskiej Brzozy rozlega się potężny szczęk miażdżonych lokomotyw i wagonów. - Pojechałem na miejsce, trzeba było podejść jakieś 30-40 metrów do skarpy. Spojrzałem i już wiedziałem, że nasz jeden pociąg ratunkowy nie podoła, że trzeba wołać pomoc - opowiada Janicki.

- Dyżurowałem w pogotowiu kolejowym. Telefon zadzwonił o 4.45 - wspomina dr Janusz Cettler. - Miejsce katastrofy wyglądało tragicznie. Nie wiedzieliśmy za co się najpierw brać. Ludzie biegali, szukali a to męża, a to syna. Słyszeliśmy jęki. Zabrałem się za dzielenie rannych. Tych w najcięższym stanie od razu kierowaliśmy do pobliskich szpitali.

- Jedna pani, którą wynieśliśmy ze zgniecionego wagonu zmarła nam na rękach - mówi Zdzisław Zieliński, który na miejsce przyjechał pierwszym pociągiem ratunkowym. - Obraz, który jednak wraca do mnie od lat to ten, kiedy zapaliliśmy palniki, żeby wyciąć otwór w zmiażdżonej lokomotywie i nagle usłyszeliśmy krzyk mechanika. Nie wierzyliśmy, że zdołał przeżyć. Udało mu się uciec z przedziału sterowniczego i dzięki temu ocalał. Wołał, żebyśmy ratowali jego kolegę. Ale on nie przeżył...

- Ciała były dosłownie wszędzie. Jeden pasażer wisiał martwy na lokomotywie. Wynosiliśmy zwłoki na taką skarpę i kładliśmy w rzędzie. To trwało i trwało, myślałem, że nigdy się nie skończy - Janickiemu łamie się głos. - Słońce prażyło strasznie. Trzy dni bez przerwy spędziłem na miejscu. A dziś chcę, żeby stanął tam pomnik, coś trwałego. Jesteśmy im to winni.

Dziś miejsce najtragiczniejszej katastrofy w historii polskiej kolei upamiętnia fragment torów, kamień z tablicą informacyjną oraz lista zabitych. W wyniku zderzenia na miejscy zginęło 65 osób, dwóch kolejnych pasażerów zmarło od obrażeń w szpitalu. Poważnie rannych było 64. W 30. rocznicę wypadku obchody zorganizuje Urząd Marszałkowski. Na miejscu katastrofy mszę św. odprawi bp Andrzej Suski. Samorząd województwa stara się dotrzeć do rodzin ofiar, by zaprosić je na uroczystości. - Na pewno zapewnimy dojazd tym osobom, które nie będą w stanie same dotrzeć na miejsce - mówi wicemarszałek Edward Hartwich.

Szczegółowy plan obchodów poznamy na dniach. Wszyscy zainteresowani tym wydarzeniem mogą zasięgnąć informacji w Urzędzie Marszałkowskim. Odpowiedzi na pytania udziela Marcin Swaczyna z gabinetu marszałka. Kontakt z nim można nawiązać, pisząc na adres: otloczyn2010@kujawsko-pomorskie.pl lub dzwoniąc na nr 56 621 84 90.

Na stronie internetowej www.kujawsko-pomorskie.pl można również znaleźć naukowy artykuł o katastrofie autorstwa toruńskiego historyka prof. Wojciecha Polaka.

Podziel się

  • 2 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    6 głosów