Zamojski: 146 dni, które zmieniły Toruń
2010-03-27
, aktualizacja: 26.03.2010 11:51
Ocalając klub eNeRDe, toruńscy urzędnicy pokazali wolę współpracy. Żeby nie stała się ona gestem PR, musimy pokazać, że mieszkańcy mają również spójną wolę dialogu. Musimy też pokazać, kto tu rządzi. I nie mieć nadziei, że teraz będzie łatwo
Wydarzył się w Toruniu przez 146 dni ruch, który wstrząsnął podstawami myślenia o mieście. Oto władze zmieniły swój punkt widzenia. Chcą strategii rozwoju kultury miasta, mimo wcześniejszego odsuwania pomysłu. Prześledźmy krytycznie wydarzenia, nazwijmy, co nienazwane, i stańmy wspólnie na straży współpracy i różnorodności.
Co się stało?
Najpierw 28 października 2009 roku podczas debaty Akademii Myśli Społecznej dotyczącej polityki kulturalnej Torunia dyrektor wydziału kultury Urzędu Miasta Zbigniew Derkowski na pytanie o brak miejskiej polityki kulturalnej odpowiedział, że byłoby arogancją nakazywać artystom, co mają robić w ramach strategii kultury Torunia. Dyrektor uzupełnił swoją wypowiedź oceną, że tworzenie jakiejś strategii kultury i wskazywanie kierunków rozwoju miasta byłoby powrotem do okresu sprzed 1989 roku, gdy rząd narzucał obywatelom sposoby myślenia i działania - w tym strategie rozwoju.
Potem 23 marca 2010 podczas dyskusji "NRD BarCamp" w CSW ten sam dyrektor powiedział, że władze miasta przygotowują strategię kulturalną. Mało tego, że skończą ją do końca roku. Zanim to oznajmił, usiadł wraz z organizatorami spotkania za jednym stołem. Stołem, który odgrodził ich od reszty zebranych. Wszyscy za tym stołem przywdziali wspólne ubranka i zbratali się.
Pozostając tymczasem poza oceną tego drugiego wydarzenia, spróbujmy pochylić się nad tymi 146 dniami, podczas których zupełnie zmieniła się perspektywa władz Torunia. Cóż takiego się wydarzyło? We wspomnianym okresie zmieniono dyrekcję miejskiej instytucji Toruń 2016, odpowiedzialnej za aplikację do konkursu o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku. Niemalże rozbito w pył niezależny ośrodek kultury - klub eNeRDe. Odbyło się też sporo wydarzeń artystycznych. Kulturalne podziemie Torunia (trudno, mając na uwadze relacje publiczne, inaczej nazwać oddolną aktywność artystyczną w naszym mieście) było pełne szumu i niewypowiadanych uwag. W tym zamęcie w głowach urzędników dojrzewała myśl o sposobie na "współpracę". Czy myśl podobna kiełkowała w głowach ludzi kultury? Tego nie wiem. W niektórych pewnie tak. To wspólne dojrzewanie zrodziło wreszcie potrzebę przeprowadzenia badań, udziału w kolejnych debatach oraz drobnych przepychanek tu i ówdzie.
Najistotniejszym doświadczeniem tego okresu są właśnie przepychanki. Drobne prztyczki i poważniejsze armaty. Głównym uderzeniem było wypowiedzenie umowy najmu klubowi eNeRDe. Przepychanki urosły do rangi metody działania. Ludzie kultury starli się symbolicznie z ludźmi władzy. Klub i próba jego usunięcia ze Starówki stały się znakiem sprzeciwu. W efekcie sporego fermentu i publicznych wypowiedzi różnych osób związanych z kulturą pierwszy etap wojny zaczepnej został zakończony. Pierwotna decyzja magistratu o wypowiedzeniu klubowi miejsca została cofnięta. Klub zostaje. W dniu ogłoszenia zawieszenia broni strony spotykają się na rozmowie w CSW. Jest 23 marca 2010 roku.
Głos alienacji a głos zaangażowania
Gdybyśmy zatem chcieli podsumować czas między dwoma spotkaniami kultury z władzą, musimy oddać sprawiedliwość pewnemu procesowi, który się rozpoczął. Właściwie można to zrobić w jeden tylko sposób: nazwać. Jeśli więc chcemy zrozumieć, co się wydarzyło podczas owych 146 dni, to jedyną pasującą nazwą jest: publiczna zmiana definicji polityki kulturalnej.
28 października 2009 urzędnicy mówili głosem alienacji: "nie będziemy narzucać kierunków, nie będziemy programowo wspierać, nie będziemy nic robić, rzucimy trochę kasy, to wszystko". 23 marca 2010 urzędnicy mówią głosem zaangażowania: "zbudujemy strategię kultury, wskażemy kierunki - choć się tego boimy, może pomyślimy o strategicznym gospodarowaniu środkami na kulturę". Zmiana tonu i treści wypowiedzi jest znacząca. Urzędnicy pojęli, że demokracja jest wymagająca. Że to mieszkańcy Torunia są faktycznymi włodarzami miasta.
Wspomniana redefinicja polega na tym, że dotąd urzędnicy używali z gruntu nowoczesnej, ogrodniczej (mówiąc za Zygmuntem Baumanem) definicji polityki kulturalnej: jest ona wskazywaniem kierunku działania artystycznego wszystkim, którzy przebywają w zasięgu naszego prawa. Działania artystyczne mają zatem służyć celom, które my - władza - uznajemy za godne osiągania. Jeśliby zaś artyści nie chcieli realizować wytycznych, posiadamy narzędzia, którymi wskażemy im miejsce w szeregu. W istocie takie rozumienie polityki kulturalnej jest rodem z PRL-u. I jeśli takiej definicji polityki kulturalnej się używa, faktycznie trudno chcieć w XXI wieku, w środku Europy ją stosować. Jest ona przeżytkiem godnym potępienia. Rozumiem dyrektora Derkowskiego, że się od niej odcina.
Wszakże istnieje jeszcze inna definicja polityki kulturalnej. Będzie ona głosiła, że cele rozwojowe miasta winny być ustalane przez osoby je zamieszkujące i chcące zamieszkiwać. Że przestrzeń przekonań i wyborów ideowych oraz wolność do realizacji różnorodnych stylów bycia jest kluczową potrzebą człowieka obecnego wcielenia nowoczesności. Że władze zatem stać mają na straży wspólnie zadekretowanej różnorodności.
Polityka kulturalna - jak powiada filozof Richard Rorty - powinna zastąpić ontologię. Co należałoby rozumieć, że żywione przez władze przekonanie o tym, co jest prawdą, winna zastąpić praca wspólna, ustalająca takie kierunki działania, w których prawdy wszystkich mieszkańców mają szansę się realizować, nie wchodząc sobie w paradę.
Płynnonowoczesne miasto tak rozumianej różnorodności poszerza maksymalnie przestrzeń publiczną, bowiem od dostępu do wspólnego zarządzania nią zależy, czy w mieście będzie nam się dobrze żyło. Mądre miasto płynnej nowoczesności stoi na straży różnorodności i bezpieczeństwa, a nie na straży jednej wizji, często prywatyzującej przestrzeń publiczną. W istocie takie zawłaszczeniowe metody działania są domeną większości włodarzy. Godzą one w to, co nazywamy demokratyczną polityką kulturalną.
Jeśli zatem przyjrzymy się raz jeszcze wspomnianym 146 dniom, zobaczymy, że gest podjęcia się budowy strategii kulturalnej Torunia jest wyrazem powzięcia nowej definicji polityki kulturalnej. Zrodzonej, co ważne: w systemie demokratycznym, z przepychanek, kończących się tymczasowym konsensem.
Demokracja jest trudna
Myliłby się jednak ten, kto uzna, że oto dokonał się przewrót. Że odtąd wszystko już będzie inne. Otóż nic nie będzie inne, jeśli nie zostanie spełnionych kilka niezwykle trudnych warunków.
Po pierwsze, kluczowym warunkiem sukcesu jest współpraca. W mieście szczycącym się budową strategii kulturalnej będzie ona miała sens wyłącznie, jeśli będzie wynikiem potrzeby ukierunkowania rzeczywistego rozwoju miasta. Reżimowa polityka kulturalna chce sama wiedzieć wszystko; demokratyczna jest wyrazem woli mieszkańców. Wola 100 osób (około tylu pojawiło się 23 marca w CSW) nie jest wolą obywatelską, jeśli nie wyraża przekonań znacznie większej liczby mieszkańców. Zatem przejście urzędników w dyskurs demokratycznej polityki kulturalnej może stać się wyłącznie zabiegiem z obszaru PR, jeśli ten dyskurs nie będzie wzmocniony wolą obywatelską.
Po drugie, nad taką strategiczną współpracą w duchu demokratycznej polityki kulturalnej czają się nieustannie dwa widma. Pierwsze: rozbieżność interesów poszczególnych grup artystycznych, które nie potrafią wypracować strategicznych kierunków współpracy. Drugie wynika wprost z pierwszego: budowa dworu silniejszych wokół magistratu, czyli pozorna różnorodność. To drugie zagrożenie jest o tyle niebezpieczne, że cały potencjał obywatelski może zostać zagospodarowany i podtrzymywany przy życiu przez urzędników, a wtedy trudno znaleźć wyłom w murze, który został postawiony w dyskursie obywatelskim. Rzecz zatem w tym, aby tak lawirować przy wspólnej budowie miasta, by nie popaść w żadne z zagrożeń.
Demokracja bowiem jest systemem najlepszym z możliwych, ale i najtrudniejszym, jeśli traktuje się go poważnie.
Upadło NRD, przetrwało eNeRDe
Kiedy się przyjrzeć anatomii rozpadu NRD (najpierw tego na mapie świata, a potem tego na planie Torunia), upadek muru w Berlinie był symbolem upadku Państwa. Było tak dlatego, że mur był przedłużeniem Państwa. Państwo i mur nie były pochodzenia obywatelskiego. Stąd upadały wespół: rzeczywistość z jej symbolami. Toruński klub jest pochodzenia obywatelskiego: tworzą go nie władze - bo tak im się przyśniło - tworzą go obywatele i obywatelki. Stąd upadek muru niechęci, czyli publiczna redefinicja pojęcia polityki kulturalnej, skutkuje przetrwaniem NRD. Toruńskie eNeRDe nie jest bowiem tworem sztucznym. Jego istnienie zakorzenione jest w wolności artystycznej konkretnych kobiet i mężczyzn.
Przed złymi decyzjami możemy się obronić tylko poprzez system wspólnego wypracowania wizji miasta, a następnie przejrzysty metodologicznie system wdrażania tego planu. Musimy zatem pamiętać, że magistrat nie jest przestrzenią tronu. Przestrzenią tronu są nasze mieszkania, kluby, miejsca, w których przebywamy. Magistrat jest przestrzenią służby - wdrażania naszych decyzji. Mądra demokracja to taka, która wie, czego chce, i wie, jak tego wymagać.
Toruńscy urzędnicy pokazali wolę współpracy. Żeby nie stała się ona gestem PR, musimy pokazać, że obywatele i obywatelki Torunia mają również spójną wolę współpracy. Pokazać, kolokwialnie rzecz ujmując, kto tu rządzi. I nie mieć nadziei, że teraz będzie łatwo. Jak nam łatwo uciekać w walkę o interesy prywatne, tak władzy łatwo uciekać w walkę o własne interesy. Dobrze, że 23 marca w CSW padł postulat debat i pracy. Nie padł on po raz pierwszy. Zadbajmy, aby metodologia tych debat była demokratyczna, pragmatyczna i aplikacyjna.
* Karol Zamojski - filozof kultury, animator społeczny, nauczyciel akademicki, założyciel Pracowni Kultury Współczesnej
Co się stało?
Najpierw 28 października 2009 roku podczas debaty Akademii Myśli Społecznej dotyczącej polityki kulturalnej Torunia dyrektor wydziału kultury Urzędu Miasta Zbigniew Derkowski na pytanie o brak miejskiej polityki kulturalnej odpowiedział, że byłoby arogancją nakazywać artystom, co mają robić w ramach strategii kultury Torunia. Dyrektor uzupełnił swoją wypowiedź oceną, że tworzenie jakiejś strategii kultury i wskazywanie kierunków rozwoju miasta byłoby powrotem do okresu sprzed 1989 roku, gdy rząd narzucał obywatelom sposoby myślenia i działania - w tym strategie rozwoju.
Potem 23 marca 2010 podczas dyskusji "NRD BarCamp" w CSW ten sam dyrektor powiedział, że władze miasta przygotowują strategię kulturalną. Mało tego, że skończą ją do końca roku. Zanim to oznajmił, usiadł wraz z organizatorami spotkania za jednym stołem. Stołem, który odgrodził ich od reszty zebranych. Wszyscy za tym stołem przywdziali wspólne ubranka i zbratali się.
Pozostając tymczasem poza oceną tego drugiego wydarzenia, spróbujmy pochylić się nad tymi 146 dniami, podczas których zupełnie zmieniła się perspektywa władz Torunia. Cóż takiego się wydarzyło? We wspomnianym okresie zmieniono dyrekcję miejskiej instytucji Toruń 2016, odpowiedzialnej za aplikację do konkursu o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 roku. Niemalże rozbito w pył niezależny ośrodek kultury - klub eNeRDe. Odbyło się też sporo wydarzeń artystycznych. Kulturalne podziemie Torunia (trudno, mając na uwadze relacje publiczne, inaczej nazwać oddolną aktywność artystyczną w naszym mieście) było pełne szumu i niewypowiadanych uwag. W tym zamęcie w głowach urzędników dojrzewała myśl o sposobie na "współpracę". Czy myśl podobna kiełkowała w głowach ludzi kultury? Tego nie wiem. W niektórych pewnie tak. To wspólne dojrzewanie zrodziło wreszcie potrzebę przeprowadzenia badań, udziału w kolejnych debatach oraz drobnych przepychanek tu i ówdzie.
Najistotniejszym doświadczeniem tego okresu są właśnie przepychanki. Drobne prztyczki i poważniejsze armaty. Głównym uderzeniem było wypowiedzenie umowy najmu klubowi eNeRDe. Przepychanki urosły do rangi metody działania. Ludzie kultury starli się symbolicznie z ludźmi władzy. Klub i próba jego usunięcia ze Starówki stały się znakiem sprzeciwu. W efekcie sporego fermentu i publicznych wypowiedzi różnych osób związanych z kulturą pierwszy etap wojny zaczepnej został zakończony. Pierwotna decyzja magistratu o wypowiedzeniu klubowi miejsca została cofnięta. Klub zostaje. W dniu ogłoszenia zawieszenia broni strony spotykają się na rozmowie w CSW. Jest 23 marca 2010 roku.
Głos alienacji a głos zaangażowania
Gdybyśmy zatem chcieli podsumować czas między dwoma spotkaniami kultury z władzą, musimy oddać sprawiedliwość pewnemu procesowi, który się rozpoczął. Właściwie można to zrobić w jeden tylko sposób: nazwać. Jeśli więc chcemy zrozumieć, co się wydarzyło podczas owych 146 dni, to jedyną pasującą nazwą jest: publiczna zmiana definicji polityki kulturalnej.
28 października 2009 urzędnicy mówili głosem alienacji: "nie będziemy narzucać kierunków, nie będziemy programowo wspierać, nie będziemy nic robić, rzucimy trochę kasy, to wszystko". 23 marca 2010 urzędnicy mówią głosem zaangażowania: "zbudujemy strategię kultury, wskażemy kierunki - choć się tego boimy, może pomyślimy o strategicznym gospodarowaniu środkami na kulturę". Zmiana tonu i treści wypowiedzi jest znacząca. Urzędnicy pojęli, że demokracja jest wymagająca. Że to mieszkańcy Torunia są faktycznymi włodarzami miasta.
Wspomniana redefinicja polega na tym, że dotąd urzędnicy używali z gruntu nowoczesnej, ogrodniczej (mówiąc za Zygmuntem Baumanem) definicji polityki kulturalnej: jest ona wskazywaniem kierunku działania artystycznego wszystkim, którzy przebywają w zasięgu naszego prawa. Działania artystyczne mają zatem służyć celom, które my - władza - uznajemy za godne osiągania. Jeśliby zaś artyści nie chcieli realizować wytycznych, posiadamy narzędzia, którymi wskażemy im miejsce w szeregu. W istocie takie rozumienie polityki kulturalnej jest rodem z PRL-u. I jeśli takiej definicji polityki kulturalnej się używa, faktycznie trudno chcieć w XXI wieku, w środku Europy ją stosować. Jest ona przeżytkiem godnym potępienia. Rozumiem dyrektora Derkowskiego, że się od niej odcina.
Wszakże istnieje jeszcze inna definicja polityki kulturalnej. Będzie ona głosiła, że cele rozwojowe miasta winny być ustalane przez osoby je zamieszkujące i chcące zamieszkiwać. Że przestrzeń przekonań i wyborów ideowych oraz wolność do realizacji różnorodnych stylów bycia jest kluczową potrzebą człowieka obecnego wcielenia nowoczesności. Że władze zatem stać mają na straży wspólnie zadekretowanej różnorodności.
Polityka kulturalna - jak powiada filozof Richard Rorty - powinna zastąpić ontologię. Co należałoby rozumieć, że żywione przez władze przekonanie o tym, co jest prawdą, winna zastąpić praca wspólna, ustalająca takie kierunki działania, w których prawdy wszystkich mieszkańców mają szansę się realizować, nie wchodząc sobie w paradę.
Płynnonowoczesne miasto tak rozumianej różnorodności poszerza maksymalnie przestrzeń publiczną, bowiem od dostępu do wspólnego zarządzania nią zależy, czy w mieście będzie nam się dobrze żyło. Mądre miasto płynnej nowoczesności stoi na straży różnorodności i bezpieczeństwa, a nie na straży jednej wizji, często prywatyzującej przestrzeń publiczną. W istocie takie zawłaszczeniowe metody działania są domeną większości włodarzy. Godzą one w to, co nazywamy demokratyczną polityką kulturalną.
Jeśli zatem przyjrzymy się raz jeszcze wspomnianym 146 dniom, zobaczymy, że gest podjęcia się budowy strategii kulturalnej Torunia jest wyrazem powzięcia nowej definicji polityki kulturalnej. Zrodzonej, co ważne: w systemie demokratycznym, z przepychanek, kończących się tymczasowym konsensem.
Demokracja jest trudna
Myliłby się jednak ten, kto uzna, że oto dokonał się przewrót. Że odtąd wszystko już będzie inne. Otóż nic nie będzie inne, jeśli nie zostanie spełnionych kilka niezwykle trudnych warunków.
Po pierwsze, kluczowym warunkiem sukcesu jest współpraca. W mieście szczycącym się budową strategii kulturalnej będzie ona miała sens wyłącznie, jeśli będzie wynikiem potrzeby ukierunkowania rzeczywistego rozwoju miasta. Reżimowa polityka kulturalna chce sama wiedzieć wszystko; demokratyczna jest wyrazem woli mieszkańców. Wola 100 osób (około tylu pojawiło się 23 marca w CSW) nie jest wolą obywatelską, jeśli nie wyraża przekonań znacznie większej liczby mieszkańców. Zatem przejście urzędników w dyskurs demokratycznej polityki kulturalnej może stać się wyłącznie zabiegiem z obszaru PR, jeśli ten dyskurs nie będzie wzmocniony wolą obywatelską.
Po drugie, nad taką strategiczną współpracą w duchu demokratycznej polityki kulturalnej czają się nieustannie dwa widma. Pierwsze: rozbieżność interesów poszczególnych grup artystycznych, które nie potrafią wypracować strategicznych kierunków współpracy. Drugie wynika wprost z pierwszego: budowa dworu silniejszych wokół magistratu, czyli pozorna różnorodność. To drugie zagrożenie jest o tyle niebezpieczne, że cały potencjał obywatelski może zostać zagospodarowany i podtrzymywany przy życiu przez urzędników, a wtedy trudno znaleźć wyłom w murze, który został postawiony w dyskursie obywatelskim. Rzecz zatem w tym, aby tak lawirować przy wspólnej budowie miasta, by nie popaść w żadne z zagrożeń.
Demokracja bowiem jest systemem najlepszym z możliwych, ale i najtrudniejszym, jeśli traktuje się go poważnie.
Upadło NRD, przetrwało eNeRDe
Kiedy się przyjrzeć anatomii rozpadu NRD (najpierw tego na mapie świata, a potem tego na planie Torunia), upadek muru w Berlinie był symbolem upadku Państwa. Było tak dlatego, że mur był przedłużeniem Państwa. Państwo i mur nie były pochodzenia obywatelskiego. Stąd upadały wespół: rzeczywistość z jej symbolami. Toruński klub jest pochodzenia obywatelskiego: tworzą go nie władze - bo tak im się przyśniło - tworzą go obywatele i obywatelki. Stąd upadek muru niechęci, czyli publiczna redefinicja pojęcia polityki kulturalnej, skutkuje przetrwaniem NRD. Toruńskie eNeRDe nie jest bowiem tworem sztucznym. Jego istnienie zakorzenione jest w wolności artystycznej konkretnych kobiet i mężczyzn.
Przed złymi decyzjami możemy się obronić tylko poprzez system wspólnego wypracowania wizji miasta, a następnie przejrzysty metodologicznie system wdrażania tego planu. Musimy zatem pamiętać, że magistrat nie jest przestrzenią tronu. Przestrzenią tronu są nasze mieszkania, kluby, miejsca, w których przebywamy. Magistrat jest przestrzenią służby - wdrażania naszych decyzji. Mądra demokracja to taka, która wie, czego chce, i wie, jak tego wymagać.
Toruńscy urzędnicy pokazali wolę współpracy. Żeby nie stała się ona gestem PR, musimy pokazać, że obywatele i obywatelki Torunia mają również spójną wolę współpracy. Pokazać, kolokwialnie rzecz ujmując, kto tu rządzi. I nie mieć nadziei, że teraz będzie łatwo. Jak nam łatwo uciekać w walkę o interesy prywatne, tak władzy łatwo uciekać w walkę o własne interesy. Dobrze, że 23 marca w CSW padł postulat debat i pracy. Nie padł on po raz pierwszy. Zadbajmy, aby metodologia tych debat była demokratyczna, pragmatyczna i aplikacyjna.
* Karol Zamojski - filozof kultury, animator społeczny, nauczyciel akademicki, założyciel Pracowni Kultury Współczesnej
- 6 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
14 głosów
-
Re: Zamojski: 146 dni, które zmieniły Toruń
szlachcic
28.03.10, 10:34
Andrzej Szmak: "Poproszę też inne osoby, by go (słonia) poparły. Nabierze głębszego sensu. Ale wtedy naprawdę będzie trudniej go usunąć." Szkoda ze Bareja nie zyjebysmy mieli w jego filmie »
-
Zamojski: 146 dni, które zmieniły Toruń
expierniczka
28.03.10, 10:42
Panie Zamojski, co to znaczy "płynnonowoczesne"? Ja wiem się "szlachta" naskutek kazirodczych relacji seksualnych jest zdegenerowana, ale po polskiemuby się przydało nauczyć pisać, chociaż w»
Najczęściej czytane24 htydzień




