Warto żyć, żeby jeść

Natalia Waloch
27.12.2011 , aktualizacja: 27.12.2011 12:31
A A A Drukuj
Zawsze po dobrym posiłku mój poziom szczęścia gwałtownie rośnie. Jedzenie to mała przyjemność, którą zawsze mamy pod ręką, zdolna przynieść ukojenie w największych życiowych zawirowaniach. To też klucz do zdrowia. I dziedzina, w której oszukiwani jesteśmy najczęściej. Dlatego upieram się, że jakoś żywności jest wartością, o którą warto walczyć

Fot. Andrzej Goiński / Urząd Marszałkowski
ZOBACZ TAKŻE
Lata temu, jako nastolatka leżałam w szpitalu. Wycięto mi wyrostek i przez kilka dni byłam na diecie. Najpierw nie jadłam nic. Potem mogłam pić wodę, następnie herbatę, wreszcie podano mi kleik. Obok mnie leżała rok starsza dziewczyna - też obolała po operacji, bez wyrostka i na wielkim głodzie. Po trzeciej dobie przymusowej diety nie spałyśmy pół nocy. W rytm marsza granego przez kiszki robiłyśmy listę rzeczy, które zjemy natychmiast, gdy tylko lekarze podniosą szlaban. W naszym spisie była m.in. domowa drożdżówka z kruszonką i śledzie w śmietanie. Było to kilkanaście lat temu, ale do dziś pamiętam to uczucie potwornego głodu. I jeszcze czegoś - swego rodzaju zubożenia. W szpitalu odwiedzali mnie rodzice i znajomi, rozpieszczali mnie, mogłam oglądać telewizję, miałam książki, nie gonili mnie do robienia lekcji. Nie mogłam tylko jeść. I życie straciło wtedy koloryt.

Od tego czasu w zasadzie każdego dnia utwierdzam się w tym, że jedzenie jest jednym z najważniejszych aspektów życia. Kiedy jem dobre rzeczy, mój poziom szczęścia gwałtownie rośnie niezależnie od tego, ile mam właśnie problemów w pracy, domu czy na rachunku bankowym. Dobry posiłek to dla mnie cudowne - choć zgadzam się, że działające krótko - antidotum na zawirowania codziennego życia. W dzisiejszych czasach to jednak też dziedzina, którą bardzo zaniedbaliśmy.

Nikogo nie trzeba przekonywać, że jedzenie to klucz do zdrowia lub drzwi otwierane chorobie. Powie to każdy lekarz. Józef Sadkiewicz, współwłaściciel Zakładu Badawczego Przemysłu Piekarskiego w Bydgoszczy i pasjonat smaków w naszym wywiadzie cytuje Paracelsusa i Hipokratesa, którzy już wieki temu złe odżywianie obciążyli odpowiedzialnością za słabość ciała i przedwczesną śmierć. Jak wielkim problemem jest niewłaściwe odżywianie się Polaków, dowodzi program kujawsko-pomorskiego Urzędu Marszałkowskiego, w ramach którego od kilku lat lekarze i dietetycy zajmują się otyłymi uczniami. Rekordzista w wieku kilkunastu lat musiał schudnąć ponad 30 kg! Złe jedzenie powoduje nie tylko zadyszkę przy wchodzeniu po schodach i tańcu na weselu kuzyna. Jest odpowiedzialne za choroby serca i stawów, cukrzycę, wylewy, zwyrodnienie kręgosłupa, choroby nerek oraz wiele nowotworów. Coraz więcej medycznych doniesień wskazuje na to, że to, co jemy ma wpływ na układ nerwowy i np. ryzyko zapadnięcia na chorobę Alzheimera. Mam wyliczać dalej? Tymczasem w szkolnych sklepikach królują chipsy, marudne dzieci przekupujemy batonikami, a sami w biegu "wrzucamy na ruszt" dania z proszku, po których można zacząć świecić w ciemnościach - tak naszpikowane są chemią.

Nie umiemy też jeść razem. U mojej babci stół był najważniejszym meblem w domu. Wielu z nas pewnie to pamięta, ten rytuał wspólnego siadania przynajmniej do jednego posiłku dziennie. Ale czy znają go dzisiejsi nastolatkowie? Co to za różnica, czy obiad je się przy stole czy przy telewizji lub przed komputerem? Odpowiadam. Chodzi o krąg. O to, że przy stole każdy widzi każdego.

Bez patrzenia na siebie i wzajemnego słuchania nie ma więzi. A to współczesnym powoli zaczyna doskwierać najbardziej: brak prawdziwego kontaktu z drugim człowiekiem.

Trudno w dzisiejszym zabieganiu zrobić domową imprezę, spotkać się ze znajomymi ze szkoły, odwiedzić szwagra na drugim końcu Polski czy w Anglii. Ale przecież stół jest w każdym domu i zawsze, choćby od dziś, można przy nim siąść. Mówi nam o tym marszałek województwa Piotr Całbecki, który niemal całe dzieciństwo spędził w kuchni i dziś stara się do tego przekonać swoje dzieci.

Pozwoliliśmy zubożyć naszą kuchnię. Nieprawda, mamy obfitość jedzenia w sklepach - powie ktoś. Zanim da sobie za to uciąć rękę, niech przeczyta rozmowę z prof. Jarosławem Dumanowskim, który udowadnia, że tak naprawdę jesteśmy omamieni tylko wielością opakowań. Gdzie podziały się jabłka starkingi? Śliwek węgierek na powidła, niegdyś tak popularnych, szukałam jesienią po całym targu. Co się stało? Nic takiego. Po prostu człowiek zapragnął hodować wszystko szybko, bez zwracania uwagi na rytm natury. I żeby pogoda nie przeszkadzała. I choroby nie atakowały. No i mamy - rzodkiewki wielkie jak kalarepy. Ale kto pamięta takie z dzieciństwa? I czy mają smak? Etnograf i znawczyni kujawsko-pomorskiej kuchni Grażyna Szelągowska mówi, że dziś wszystkie jabłka smakują jak słodzona woda. Coś w tym jest.

Opowiada też o historii naszej regionalnej kuchni, której prawie nie znamy. Trochę wstyd. To jakby nie wiedzieć, kto był naszą prababką, czy nie znać kilku najważniejszych zabytków w mieście. Kuchnia to część naszej tożsamości, silnie wiążąca nas z małą ojczyzną. Dobrze byłoby, gdyby udało się nam naprawić błędy dawnych badaczy, którzy nie dość rzetelnie pochylili się nad zwyczajami żywieniowymi naszych przodków. Na wsiach wciąż jest sporo starych gospodyń, które są skarbnicą wiedzy. Ale za jakiś czas ich nie będzie i dawna, tradycyjna kuchnia przepadnie na zawsze.

Żywność w sklepach jest ładna. Nie psuje się. Chętnie ją kupujemy. Ale wystarczy przedświąteczny jarmark, na który zjadą rolnicy i gospodynie, by zobaczyć nie widywane w hipermarketach długie kolejki po domowe kiełbasy, dojrzewające sery, szynkę (choć szara i sucha, a nie - jak w sklepie - różowiutka i wilgotna), miód, przetwory. Nagle okazuje się, że każdy kęs się liczy. Że nie połykamy jedzenia bezmyślnie, ale umiemy się nim delektować. Żywność to dziedzina, w której najczęściej jesteśmy oszukiwani. Ale też pozwalamy się oszukiwać. Nie chce się nam poświęcić czasu na czytanie etykiet na produktach. Często jedynym kryterium jest cena. Rozumiem je, ale czy koszty takiego oszczędzania nie są za wysokie?

Dla wszystkich powyższych powodów i jeszcze kilku innych uważam, że jedzenie - dobre, zdrowe, tradycyjne, łączące nas z bliskimi, poprawiające zdrowie i nastrój - jest wartością, o którą warto walczyć. Nie nawołuję do tego, byśmy wszyscy zaczęli jeść tylko miód prosto z pasieki i chałupniczo robione wędliny. Chodzi o alternatywę. Choćby taką, żebyśmy po całym tygodniu jedzenia na mieście lub w pracowniczej kuchni byle czego mogli w weekend nad talerzem zupy z prawdziwych warzyw oraz misą mięsa zwierząt, które rosły w naturalnym tempie.

Idą Święta. Czas szczególny również ze względów kulinarnych. Warto może o tym wszystkim pomyśleć, smakując karpia, pierogi i groch z kapustą przyrządzone dokładnie tak, jak babcia zapisała w pieczołowicie do dziś przechowywanym przepisie, trochę już wyblakłym i umazanym tłustymi palcami. A przy deserze... Sami państwo powiedzcie, czy nie wydaje się wam, że czekolada musiała być w Boskim planie?

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    10 głosów